Życie przed
Natalka, grudzień 2011 roku
Zmiotłam puszystą czapę śniegu z murku okalającego park i usiadłam. Nie czułam zimna ani wilgoci. Wcisnęłam zmarzniętą dłoń do kieszeni. Przymknęłam lekko powieki. Na tyle, aby promienie zimowego za chodu słońca mogły igrać z moimi długimi rzęsami. Lubiłam tak się koncentrować. Lubiłam czuć ciepło słoneczne. W kieszeni otulałam palcami cztery pięciozłotówki. Delikatnie poruszałam monetami. Dzwoniły i brzęczały. Rozgrzewałam je do śpiewu. Koniecznie chciałam usłyszeć tę muzykę. Wokół panowała totalna zimowa cisza. Czad! Genialny moment. Biały puch przykrył szczelnie wszystko dokoła. Spowił milczeniem. Żadne buty nie skrzypiały na ścieżce, żaden pies nie zaszczekał, ptaki też dziwnie ucichły, jakby szykowały się już do snu. Nadchodził wieczór, fakt, ale mimo wszystko można by się spodziewać jakichś dźwięków. Park tonął w skrzącym się milionami iskier blasku ostatnich promieni. Ciszę przerywał jedynie nikły śpiew monet w mojej kieszeni. Serce podskakiwało mi z radości, a ciarki biegały swobodnie i radośnie po ciele. Uśmiechałam się, bo wyobrażałam sobie moment, który zaraz miał nastąpić: gdy będę stała w kolejce do kasy w drogerii, aby zapłacić za granatowy tusz do rzęs.
– Co się tak cieszysz? – rzuciła przez ramię Stefka, kiedy po godzinie wkroczyłam podekscytowana do jej pokoju. Dłonie trzymałam nonszalancko w kieszeniach, ale moja twarz wyrażała wszystko.
– No, co tak szczerzysz zęby? – powtórzyła pytanie, a ja nie mogłam złapać tchu z emocji. Coś ściskało gardło i żołądek.
– Muszę ci coś pokazać – wydusiłam w końcu. – Ale... nie będziesz się ze mnie śmiała? W tym momencie poczułam ukłucie w klatce piersiowej i się skrzywiłam.– Dawaj! Pokazuj bez obaw – powiedziała Stefka szybko, po czym dodała: – I się tak nie krzyw jak po cytrynie! No już, Natalko! Chcesz mi to coś pokazać czy nie? Powiedziała do mnie „Natalko”, tak jak lubiłam! Gdy ja sama mówiłam o sobie jako o dziewczynce czułam się dobrze, naturalnie. Wiedziałam jednak, że gdy to robię, wprawiam dorosłych w osłupienie, a koledzy ze szkoły ze mnie kpią. Wyśmiewają się ze mnie, poszturchują, przezywają... Dlatego starałam się jakoś przyzwyczaić do swojego prawdziwego imienia i mówienia o sobie jako o chłopcu. Zmuszałam się, by myśleć o sobie jako o chłopcu, po prostu tak było łatwiej. Miałam dopiero osiem lat, ale już to zrozumiałam. Nie zawsze mogłam być sobą. Przy Stefce jednak nic mi nie groziło, tak samo jak przy mamie czy Hance. Wyciągnęłam przed siebie otwartą dłoń, a na niej granatowy tusz. Słowa zamarły mi w gardle. Mogłam tylko trzymać przed siostrą tę otwartą, drżącą dłoń. W skroniach mi szumiało, a żołądek fikał z emocji. Mimo wszystko uśmiechałam się. Przecież Stefka zrozumie.
– Świetny! – wykrzyknęła z entuzjazmem, sięgając po tubkę. Otworzyła, sprawdziła długość włosków szczoteczki. Maznęła tuszem wierzch dłoni, a potem zbliżyła ją do świecącej na biurku lampki. – Naprawdę piękny kolor! – oceniła z uznaniem, a moje serce fiknęło kolejnego koziołka.
– Pokażesz mi, jak się tego używa?– spytałam drżącym z przejęcia głosem. Kupić ten cholerny tusz to była pestka w porównaniu z tą prośbą.
– Oczywiście! Chociaż obserwowałeś mnie tyle razy, Króliczku... powinieneś już wiedzieć, jak to się robi. – Mrugnęła zawadiacko, po czym chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do łazienki. Szłam za nią na ugiętych kolanach, ciężka i lekka jednocześnie.