Tutaj mały fragment mojej powieści :> Zapisałem już pięćset stron tego dziełka. Stres, niezapomniane rozmowy z innymi autorami, piękne przyjaźnie, ból duszny - otrzymałem dzięki niemu cały pakiet. A to dopiero początek ;)
Pierwszy draft, zaznaczę od razu, przed korektą :3
-------
Kraina rozpościerająca się przed nim nie różniła się od Avrasu… przynajmniej na pierwszy rzut oka. Śnieg, lodowaty wiatr, zamarznięte lasy i grube konary przypominające rozczapierzone dłonie. Urodził się wśród lasów i doskonale wiedział, jak one wyglądają nocą – nierealnie, mroczniej niż w rzeczywistości. Las stawał sie głodny po zapadnięciu zmroku; czekał cierpliwie na swoją nieświadomą ofiarę.
Jednak w faerie… te same drzewa sprawiały wrażenie, jakby mogły wyrwać swe korzenie z ziemi i ruszyć na niego. Patrzyły na niego przez mrok zalegający pośród gałęzi, zaintrygowane jego obecnością. W tym krajobrazie było coś dziwnie żywego. Życie zdawało się pulsować w zupełnie innym rytmie niż poza domeną Fae. A kiedy spojrzał w niebo…
Jego umysł nie potrafił tego pojąć, więc po prostu zamknął oczy. Gdy pierwszy szok minął, otworzył je powoli i spojrzał na zniekształcony cud nad swoją głową.
Księżyc zdawał się zajmować ponad połowę nieba – ogromny, blady i złowieszczy w swoim rozmiarze. Gwiazdy były rozrzucone po firmamencie niczym małe diamenty, tak jak w Avrasie… jednak wśród nich nie było żadnych znanych konstelacji, a niewytłumaczalna magia wywoływała przerażający dysonans między jego oczami a obrazem namalowanym ręką bogów na nieboskłonie..
Jakby noc miała pęknąć. Albo już pękła, pozostawiając bolesną pustkę między gwiazdami, wypełnioną czystym chaosem.
Nie patrz.