Trzeci tom cyklu o komisarzu Bondysie w końcu doczekał się swojej wielkiej chwili — postanowiłam zabrać się za lekturę tej książki głównie ze względu na sympatię względem całej tej historii. Byłam okrutnie ciekawa tego, jak autorka zakończy ten cykl i jak rozwiąże różne wątki związane z głównymi bohaterami. Muszę przyznać, że ta książka to było coś.
Zostaje odnalezione ciało znanego prawnika. Na dłoni zmarłego wypalono tajemniczy symbol, a do ust wepchnięto martwego węża. Kto mógł dopuścić się tak bestialskiego czynu, mającego znamiona zbrodni rytualnej? Morderca zdaje się wyjątkowo inteligentny i pogrywa sobie ze śledczymi, zostawiając im różne zagadki i wskazówki. Uwagę Bondysa zwraca trop, który prowadzi o założycielki jednej z fundacji przyjaznych kobietom, o pseudonimie Serpenta. Jakie tajemnice wyjdą na jaw przy okazji tego śledztwa? Czy policji uda się złapać mordercę, zanim pozbawi życia większej ilości osób?
Zaczynając lekturę tej części, nastawiłam się bardzo optymistycznie. Poprzednie książki z cyklu o komisarzu Bondysie bardzo przypadły mi do gustu, więc nie mogłam doczekać się ponownego spotkania z tymi bohaterami. Kiedy już na wstępie otrzymałam tak dynamiczne wejście w całą akcję, zdałam sobie sprawę z tego, że to może być naprawdę dobra i godna polecenia pozycja.
Komisarz Bondys – jego nie muszę już chyba przedstawiać. To bohater, który wzbudza moją sympatię za każdym razem i przyznaję, że naprawdę się do niego przywiązałam podczas lektury całego cyklu. Uważam go za postać dobrze wykreowaną i taką, powiedzmy, że z krwi i kości. Jego ciekawość oraz upór w dążeniu do rozwiązania sprawy zaimponowały mi i sprawiły, że poczułam w stosunku do niego jeszcze większy szacunek.
Tym razem Hanna S. Białys postawiła na motyw dość specyficznych ugrupowań, które pod przykrywką czegoś pozytywnego i niosącego pomoc skrywają coś, co dalekie jest od optymizmu, a wręcz pełne mroku. Poruszony temat sprawił, że poczułam się bardzo wciągnięta w całą historię i z uwagą śledziłam kolejne zwroty akcji, a także nie mogłam doczekać się poznania zakończenia — po którym spodziewałam się czegoś naprawdę zaskakującego.
O tym, że autorka ma bardzo dobre pióro, już pisałam, ale nie zaszkodzi tego powtórzyć. Bardzo przypadło mi do gustu to, jak autorka kreuje swoich bohaterów, jak wrzuca ich na kolejne miny, bacznie obserwując to, do czego sama doprowadza. Może zabrzmi to dziwnie, ale momentami miałam wrażenie, że Hanna S. Białys daje swoim postaciom wolną rękę, a sama tylko dostosowuje się do tego, gdzie oni sami chcą podążać. Czy brzmi to pokrętnie? Możliwe. Czy nie podobało mi się to? Wręcz przeciwnie — dzięki temu książkę chciało mi się czytać bardziej.
Węże na ziemi, węże na niebie to bardzo dobra część cyklu, rzekłabym, że nawet i zakończenie, ale wciąż mam nadzieję, że tak naprawdę to nie jest jeszcze ostatnie spotkanie z komisarzem Bondysem. Cieszę się, że miałam szansę poznać cały ten cykl i jeśli mogłabym polecić Wam książki, które sprawdzą się bardzo dobrze na długie jesienne jeszcze wieczory, to zdecydowanie podsunęłabym właśnie powieści Hanny S. Białys.