Do sięgnięcia po tę powieść zachęcił mnie kanapowy artykuł o tym, że na jej podstawie powstanie musical. Oczywiście miałam świadomość istnienia książki, nazwisko autora też nie było mi obce i teraz mogę jedynie żałować, że nie przeczytałam Wielkiego Gatsby’ego wcześniej – bo książka mnie oczarowała.
Jay Gatsby to figura. Postać jakby trochę baśniowa, nie z tego świata. Gromadzą się wokół niego zachwycone tłumy, by grzać się w jego blasku i korzystać z jego bogactwa. Przetaczają się przez urządzony z przepychem dom od przyjęcia do przyjęcia, wypełniając go sztucznym śmiechem, wydumanymi rozmowami i niezdrową ciekawością. Snują domysły na temat przeszłości i obecnej pozycji Gatsby’ego w finansjerze. Ich podziw jest udawany, zazdrość z trudem ukrywana, szczerej sympatii brak w ogóle. Widać to szczególnie, gdy zestawimy początek i zakończenie powieści: głośny i wypełniony wcześniej ludźmi dom pustoszeje i cichnie, Gatsby’emu towarzyszy zaledwie kilka osób. Taki był wielki.
Historię Gatsby’ego poznajemy z relacji Nicka Carraway’a, jego sąsiada, który stoi dopiero u początków drogi do wielkich pieniędzy w Nowym Jorku lat 20 ubiegłego wieku. Najpierw obserwuje rozświetlony, rozchichotany i rozmuzykowany dom Gatsby’ego, a któregoś dnia otrzymuje zaproszenie na przyjęcie. Gatsby ma pewien plan i do jego realizacji potrzebuje właśnie Nicka. Ten zresztą okaże się jedyną osobą, która obok ciekawości i ekscytacji Gatsbym będzie starała się go po prostu zrozumieć i pozostanie przy nim do końca.
Ale to tylko z pozoru jest opowieść o zepsutych bogaczach i nie całkiem czystych interesach. To znaczy – o tym też, jednak przede wszystkim Wielki Gatsby opowiada o miłości będącej motorem działań tytułowego bohatera i – jak można się spodziewać – prowadzącej go do upadku. Tragiczna to historia, z której niestety ocaleje tylko głupia, rozpieszczona, upudrowana lala. A bohaterowi wielkie pragnienie miłości przyniesie samotny i nieodwracalny koniec.
Czytane przeze mnie wydanie to jedna z publikacji w cyklu 50 książek na 50-lecie Znaku w tłumaczeniu Jacka Dehnela. Wzbudziło ono mój zachwyt… Nie mniejszy niż sama historia. Przepiękny, soczysty, pełny styl. Słowa, które naprawdę coś mówią. Dla samej przyjemności obcowania z tym językiem – warto, można się rozpłynąć. Niektóre zdania (a i całe fragmenty) to prawdziwe perły. Pozwólcie, że zacytuję jeden: Przez pokój przechodził lekki powiew, który po jednej stronie wciągał zasłony od wewnątrz, a po drugiej – wydymał na zewnątrz jak blade flagi, podwijając je ku lukrowanemu tortowi weselnemu sufitu – a potem marszczył burgundowy kobierzec, rysując na nim cienie, jakie wiatr kreśli na morzu.
Prawie nigdy nie czytam jednej książki więcej niż raz. Ale dla Wielkiego Gatsby’ego zrobię wyjątek. Mam wrażenie, że jest to historia, którą będę mogła czytać wielokrotnie bez znużenia. Dlatego sięgnę również po wcześniejsze tłumaczenie Ariadny Demkowskiej, które zresztą Jacek Dehnel w posłowiu ocenia pozytywnie.