Seria Lucy Score - Miasteczko Benevolence - jest w moim odczuciu bardzo nierówna i tak naprawdę sięgając po kolejne tomy nie wiedziałam, czego się podziewać.
Pierwszy tom był dobry, ale bez szału.
Drugi mocno mnie rozczarował.
Natomiast trzeci... Trzeci rozkochał mnie w sobie tak mocno, że nie mogę się do tej pory pozbierać i porównuję do niego każdą kolejną książkę, po którą sięgam.
W tym tomie poznajemy historię miłosną Lincolna Reeda, komendanta straży pożarnej. Mogliśmy go już poznać w poprzednich tomach i tak, tak, to właśnie największy wróg naszego kochanego Luke'a. Jest on przystojny, czarujący i odważny, dlatego zdobywanie kobiet nigdy nie było dla niego problemem. Wszystko się zmienia, gdy w jego życie wkracza odporna na jego urok Mackenzie O’Neil. Do tej pory ratowała rannych żołnierzy, a teraz zatrudniła się w Benevolence jako lekarka i jednocześnie ratownik w pogotowiu lotniczym. Zawsze musiała o wszystko walczyć sama i nie dopuszcza do siebie innych osób z łatwością, jednak przystojny strażak powoli kruszy mur, który wokół siebie zbudowała.
Oczywiście najlepszym punktem całej tej historii jest Lincoln. Straciłam głowę dla tego bohatera! Wykreowany jest wspaniale. Wielowymiarowy, skomplikowany, ale jednocześnie bardzo realistyczny i jeżeli ktoś mi powie, że to nie jest jego ideał książkowego mężczyzny, to mu chyba nie uwierzę. W moim odczuciu kradł każdą scenę, w której się pojawiał, a moje serce gubiło przez niego rytm.
Mackenzie także przedstawiona jest w ciekawy sposób, jednak już nie budziła we mnie tyle sympatii. Częściej budziła we mnie irytację, choć starałam się ją za wszelką cenę zrozumieć. Uwielbiam postacie, które budzą w czytelniku tak skrajne emocje, że raz się je chce uderzyć, a raz przytulić i Mack jest właśnie takim typem bohaterki.
Cudownie było wrócić do Benevolence i dowiedzieć się co u pozostałych bohaterów, bo wydarzenia z pierwszego i drugiego tomu od tego dzieli kilka lat. Oczywiście mamy tu sielski klimat, wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni, ale to tylko sprawia, że cała historia jest niesamowicie komfortowa. Uwielbiam klimat tej serii, całe miasteczko i jego mieszkańców! Skradli moje serce i coś czuję, że prędko go nie odzyskam.
Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy małych miasteczek, trudnej przeszłości, skomplikowanych relacji rodzinnych, seksownych facetów wykonujących niebezpieczne zawody i odważnych kobiet, które walczą o lepszą przyszłość dla siebie i swoich bliskich.
Reasumując, jest to wciągający, otulający jak ciepły kocyk romans, który jednocześnie porusza trudne tematy i przybliża nam pracę m.in lekarzy i strażaków. Jest to must have dla osób, które mają za sobą poprzednie tomy, ale i dla wszystkich tych, których serce bije szybciej na myśl o małomiasteczkowym romansie.
Płakałam, śmiałam się, wzdychałam, wachlowałam policzki dłonią i przeżywałam losy bohaterów jakbym ich znała osobiście. Gorąco, gorąco, GORĄCO polecam i mam nadzieję, że zakochacie się w Lincu i Mack tak mocno jak ja!