Anioł stróż to – według powszechnie panującego przekonania – istota siedząca na ramieniu każdego człowieka, szepcząca mu do ucha podpowiedzi dotyczące wiedzionego przez niego życia. Kto mógłby być takim stworzeniem? Rodzic, przyjaciel, brat, siostra, sąsiad lub też ktoś zupełnie obcy, mający na celu nasze dobro. Co jednak, jeśli pod postacią anioła znajdujemy się… my sami?
Życie Margot Delacroix było utkane z bólu, rozpaczy i cierpienia, czasem przetykanego czystym szczęściem. Gdy dobiegło ono końca, kobieta wróciła na Ziemię pod postacią metafizycznej istoty, mającej na celu ochronę siebie samej. Stała się ona aniołem, przybrała imię Ruth i zaczęła obserwować swoją egzystencję krok po kroku: wszystkie niepowodzenia, trafne wybory, smutki, żale bądź radości. Prawie od razu jej ziemskie wcielenie stało się sierotą, wędrując od jednej rodziny zastępczej do drugiej, kończąc w przepełnionym okrucieństwem sierocińcu, którego głównym katem była jego właścicielka, Hilda Marx. Nie sposób opisać, jak znęcała się nad swoimi małymi podopiecznymi, którzy – zamiast żyć w miłości – nieustannie otoczeni byli przez strach i niepokój. Po ucieczce z domu dziecka Margot znalazła się pod opieką rodziny, która szybko obdarzyła ją uczuciem. Późniejsze losy dziewczyny można opisać za pomocą paru słów: nałogi, prawdziwa miłość do Toby’ego, błędnie podjęte decyzje i autodestrukcyjne zachowania. Co jednak, jeśli Ruth zacznie ingerować? Czy uda jej się zmienić bieg historii?
Są książki, których lektura wywołuje dreszcze; książki, które uzależniają i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Inne od wszystkich, wyjątkowe. Jedyne w swoim rodzaju. Książki takie jak „Zawsze przy mnie stój”, które wychodzi poza utarte schematy. Jest to kronika życia spisana niebiańskim piórem, piękna i autentyczna. Niosąca ze sobą wiarę w lepsze jutro i napawająca optymizmem. Nakłaniająca do refleksji i namysłu.
Wydarzenia przedstawione w powieści niejednokrotnie mroziły mi krew w żyłach, przyciągając z hipnotyczną wręcz siłą. Wraz z biegiem fabuły stałam się jednym z bohaterów historii, przeżywając wszystkie zdarzenia. Często miałam ochotę krzyczeć do Margot, nakłonić ją do podjęcia innej decyzji. Wiadomo jednak, nawet najdrobniejsza zmiana niesie ze sobą wielkie konsekwencje, przeobrażając rzeczywistość. Jednak światło nie zawsze idzie w parze ze zmianami; niektóre są szczelnie otoczone mrokiem i ciemnością, przez które nie sposób się przebić.
Nie jestem w stanie określić, dlaczego tak długo odkładałam lekturę tejże książki. Stała ona na mojej półce parę dobrych miesięcy, zanim w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć. Gdy wreszcie przekręciłam pierwszą stronę, byłam pełna niechęci i zwątpienia. Nie sądziłam, że „Zawsze przy mnie stój” przypadnie mi do gustu. Od początku byłam do niej raczej negatywnie nastawiona. Te niepozytywne uczucia znikały wraz z każdą kolejną kartką. Im bardziej zagłębiałam się w świat Margot i Ruth, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to historia, na którą od dawna czekałam.
Jaki wpływ na nasze życie ma to, gdzie i jak zostaliśmy wychowani, kogo spotkaliśmy na swojej drodze? Czy, urodzeni w innym miejscu i czasie bylibyśmy istotami bardzo różniącymi się od teraźniejszych? Ile naszych przeżyć to zrządzenia losu, a ile to zwykłe przypadki? A może nie ma czegoś takiego jak przypadek? „Co ma być, to będzie” – na pewno? Czy można odmienić los?
Chyba każdy z nas przeżył kiedyś coś, czego wręcz nie sposób wyjaśnić. „Cud”, mówi się wtedy ze łzami w oczach. No właśnie… Cud czy może czuwający anioł, z całych sił pilnujący, by nic złego nam się nie stało? Zapewniam, że po lekturze „Zawsze przy mnie stój” spojrzenie na otaczający nas świat nie będzie już takie samo.
Tam, gdzie dobro, czai się również i zło, wkradając się do serc i dusz najbardziej podstępnymi sposobami. Staramy się słuchać tej prawej strony naszych osobowości, czy może często idziemy na łatwiznę, nie przejmując się innymi, obnosząc się egoizmem, wybierając tym samym drogę wybrukowaną nikczemnością? Każdy z nas ma tylko jedną szansę; nasze życie to nie rząd liter na kartce papieru, które można zmienić. Podjęte w przeszłości decyzje zaprowadzą tylko w jedno miejsce. Jakie? To zależy już tylko od nas.
Muszę przyznać, że po zakończeniu czytania towarzyszyły mi głównie niedosyt i oszołomienie. To pierwsze dlatego, że tysiące pytań cisnęło mi się na usta, domagając się odpowiedzi. A osłupienie nie opuściło mnie do tej pory. Nie spodziewałam się takiej historii, tak wielu burzliwych emocji i niesamowitej przygody. Carolyn Jess-Cooke zdobyła we mnie wierną czytelniczkę, i jeżeli napisze jeszcze jakąś książkę, bez wątpienia oddam się lekturze w trybie natychmiastowym.
Jeżeli chodzi o okładkę, to już dawno nie spotkałam się z tak magiczną obwolutą. Jest ona utrzymana tylko w kilku barwach, a spoglądająca z niej dziewczynka ma w sobie coś przyciągającego, coś co sprawia, że ma się ochotę oglądać okładkę godzinami. Kiedy przeczytałam ostatnie zdanie, zobaczyłam ostatnią kropkę, zamknęłam powieść i po prostu patrzyłam. Patrzyłam, wciąż nie mogąc uwierzyć, że moja podróż z bohaterami tej opowieści właśnie dobiegła końca.
Tuż obok nas jest świat, którego nie zauważamy. Jeżeli zamkniesz oczy, możesz usłyszeć cichy szept czy też muśnięcie dłoni. Otwórz się na otaczające Cię możliwości. Po prostu… zamknij oczy i poczuj dotyk anioła.