Czy ludzkie życie można opisać smakami? Mówi się, że ktoś przeżył gorzkie rozczarowanie, lub słodkie chwile… Czasem robi kwaśną minę, albo zalewa się słonymi łzami rozpaczy. Smak to jeden z najbardziej podstawowych zmysłów człowieka, który determinuje jego odczuwanie świata. Moim zdaniem podobnego porównania można użyć też do książek. O “Tamaryndzie” autorstwa Pani Żanety Pawlik powiedziałabym, że jest to słodko-kwaśna historia o życiu, radościach i smutkach istnienia. Ta powieść mówi o tym, że każdy z nas nosi w sobie mnóstwo przykrych wspomnień i cierpienia. Nikogo nie omijają złe chwile, choć teoretycznie jedni mają lepszy, a inni gorszy start. Codzienne zmagania nie dają o nich zapomnieć, jednocześnie budząc też nadzieję na lepsze dni. Ale nie dla wszystkich - niektórzy bywają tak głęboko zanurzeni w mroku rozpaczy, że już nie zauważają światła, które ciągle gdzieś tli się w oddali.
Anka- nie Ania, a tak naprawdę Liliana, wraca do Polski po roku spędzonym na zarobkowej emigracji, gdzie miała “zapomnieć” o nieudanym związku z egocentrycznym mężczyzną i przeboleć pewną stratę. Kobieta podejmuje pracę jako pielęgniarka w katowickiej klinice leczenia chorób na tle psychicznym. Musi zaczynać wszystko od przysłowiowego zera i bez niczyjego wsparcia. Postanawia zrobić co tylko w jej mocy, aby jutro stało się lepsze. W miejscu pracy, już pierwszego dnia poznaje Jadźkę, zadziorną i pozornie pewną siebie postać. Początkowo nie pałają do siebie sympatią, ale jak to się czasem okazuje, życie lubi płatać różne figle i ostatecznie czas, który spędzą w swoim towarzystwie będzie dla obu czymś bezcennym, choć niepozbawionym cierni. W historii pojawia się również policjant Franek, przystojny rozwodnik, dla którego oczkiem w głowie jest jego dorosła już córka. Nieoczekiwanie droga Franka krzyżuje się ze ścieżką Anki w momencie, kiedy ta dając upust swojej złości dokonuje aktu wandalizmu. Każda z tych postaci dźwiga na barkach własny plecak gorzkich doświadczeń. Czytelnik towarzyszy im w tej podróży, przyglądając się wzlotom i upadkom, ale również radosnym chwilom, które przeplatają się ze sobą nieustannie.
“Tamarynd. Marząc o lepszym jutrze” nie jest lekką książką. Niesie ze sobą ogrom emocji i popycha do zadumy, zmusza do zatrzymania się na moment. Nawet na dłuższy czas. Nie minę się z prawdą, pisząc, że dla niektórych może stać się punktem zwrotnym i impulsem do zawalczenia o realizację swoich marzeń. Powieść porusza wiele istotnych w naszych czasach tematów. Pokazuje jak trudne może być porozumienie między ludźmi, jak łatwo można wpaść w depresję, toksyczną relację, alkoholizm, jak szybko podejmuje się błędne decyzje. Pani Żaneta szalenie umiejętnie operuje słowem, potrafi zaciekawić Czytelnika fabułą i tym nieodgadnionym, które rodzi mu się z tyłu głowy po przeczytaniu książki. W tej opowieści piękne momenty przenikają się z tragicznymi i łączą w smakowitą, ale i intrygującą całość, niczym smak owocu indyjskiego tamaryndowca - słodki i kwaśny zarazem.