„Legenda głosi, że raz na tysiąc lat może pojawić się śmiertelnik, który prawdziwym wirtuozem będąc, swoim darem i istoty wyższe ogarnąć będzie umiał.”
Tym wirtuozem jest z pewnością autor, Marcin Brodecki, który swoim piórem odczarował moją obawę co do powieści balansujących na pograniczu mistycyzmu, fantastyki, a życia twardo wrośniętego w rzeczywistość. Ale po kolei.
Wszystko zaczyna się nie tyle od dziwnego wezwania pomocy lekarskiej i dziwnej pacjentki z jeszcze dziwniejszym opiekunem, ile od rozmowy z ojcem. Sierpień, przyjęcie na studia medyczne i baśń Braci Grimm. Do tego towarzystwo ojca, który nagle wyjawia tajemnicę sprzed lat, wyciąga teksty, które skrywał i mówi coś, co zaskakuje. Lecz zegar nieubłagany jest, a jutro też będzie dzień. Jutro można rozmawiać dalej, bo pytań jest bezliku. Lecz ten wieczór okazuje się być tym ostatnim. A może tym, który wszystko zaczyna? Ojciec umiera lecz słowa pozostały. Słowa, które zaczynają układać się w całość, ale…
Ale teraz jest wezwanie i pacjentka. I ciemny las i przewodnik i chata, a w niej pacjentka, która czekała, ale nie na tego dr Cruciana. Na następny dzień nie ma ani przewodnika, ani chaty, ani ścieżki jako takiej. Są za pytania i niedowierzanie, są jakieś widziadła i wątpliwości. Bo to przecież niemożliwe. Przecież on, Martin Crucian był tu nie dalej niż wczoraj i widział. I szedł prowadzony ścieżką, a teraz nie ma nic. Zjawisko trudno nazwać.
Balans między leczeniem, a zaprzestaniem wymyka się, bo nagle zjawia się Czarna Pani u wezgłowia i wszystko wpada w otchłań, w nicość dziwną. Są stwory… Ni to śmierć kliniczna, ni sen, ni omdlenie. Ni film wyświetlany w innej czasoprzestrzeni. Ktoś mówi o nim, ważą się jego losy i życie. A on tylko przestawił łóżko z pacjentką. On tylko spróbował z nią wygrać…
Niespójne to, pomyślisz?
O, jakże się mylisz. Ta powieść jest idealnie przemyślana i jeszcze lepiej napisana. Wciąga od samego początku, jak gęsty las, który chcesz poznać, bo niby się go nie boisz, ale im dalej jesteś, tym bardziej zaczynasz wątpić w słuszność postawienia pierwszego kroku. Ale idziesz… Czytasz, A emocje w tobie równoważą się z ciekawością.
W powieści jest wiele czasoprzestrzeni, istot i słów, które razem stanowią idealny konglomerat treści. To spójna całość. Niebywała wyobraźnia i talent autora stanowią nieoceniony duet. Jeśli to jest debiut, to pozostaje mi życzyć sobie, by były i inne, następne. By debiut gonił debiut, bo to naprawdę dobra książka.
Na koniec zaś, syty po wybitnej lekturze „Żółtego Króla”, czas otworzyć Macallana, z 1911 roku, butelkowanego dla Petera Thomsona.
Na zdrowie.
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
#agaKUSIczyta