Są książki, które są i widzisz je, ale coś w tobie sprawia, że je ciągle odsuwasz. Jakby instynkt czytelniczy podszeptywał ci, że to nie ten czas, że nie zrozumiesz ich właściwie, że twoja interpretacja będzie nieco wymuszona lub mylna. Czasem po prostu szukasz czegoś innego. W końcu instynkt ma w sobie coś i warto mu zaufać. Podobnie dzieje się z „Jednodniowym spacerem po dwudziestu kilku głowach” Andrzeja Wasilewskiego. Aż przychodzi moment, że otwierasz tę „odsuwajkę” i zaczynasz czytać.
I co się okazuje?
Wedle opisu na obwolucie jest to powieść, czyli „Jeden dzień, jedno miasto i dwadzieścia kilka osób, które zderzają się ze sobą niczym kule bilardowe. Rozmawiają przez chwilę, poświęcają kilka sekund uwagi, po czym zaraz wracają do własnych myśli, prywatnych światów. Bardzo różnych – tak jak oni...”
Od razu wchodzisz w myśli pierwszej ludzkiej głowy. On, student, siedzi na wykładzie na uczelni i słuchając wykładu na temat filozofii zaczyna snuć rozważania o seksualności i erotycznych potrzebach. Rozważa męską chuć, która od zawsze kierowała mężczyznami i częstokroć zwodziła ich na skazanie. Przerywa mu kolega, który siedzi obok, a który bojąc się czekającej go wizyty u dentysty, nie potrafi myśleć o niczym innym, jak o bólu i o ucieczce z fotela. Marzy o cudzie. Wykładowca zaś po skończonych zajęciach zastanawia się nad własnym kieratem, nad uczeniem studentów niedorzecznych bzdur filozoficznych ojców. Spotyka dziewczynę, mijają się i ot, wskakujesz w jej myśli. Ta idzie na przystanek, a w głowie kotłuje jej się od krytyki męskich seksistowskich spojrzeń i obleśnych potrzeb. I podchodzi do niej ten, którego ta nie potrafi się pozbyć, próbuje zagadać, aż zostaje sam z własnymi myślami... i tak od postaci do postaci, od starca, przez dziecko, samotną matkę wychowującą jedno dziecko, przez biedaka i tego, który nic już nie potrzebuje i wyzbywa się pieniędzy, jakie ma przy sobie.
Ludzie spotykają się wszędzie, wszędzie też zabierają swoje myśli – ba – przemyślenia długie, jak różańce i dywagacje na wzór i podobieństwo filozoficznych myślicieli. W ich głowach monologi nie mają końca. I to jest właśnie w tej książce minusem. I to znacznym.
Powiem wprost - te myśli ludzkie przelewają się z łepetyny do łepetyny, jak wezbrana woda, która na swej drodze tamy nie spotka. Te ich myśli przeradzają się w wykłady całe, w dysputy o ogóle. To jak mowy polityków o wszystkich co jest bez rozdzielania na dane osoby. To wrzucanie wszystkiego w jeden myślowy wór. Przecież człowiek, który chodzi i siedzi nie myśli w ten sposób. Myśli o sobie, o zdrowiu, o tym, co ma zrobić, co go czeka. Nie snuje tasiemców o tym, jak OGÓLNIE w państwie jest, czy jak większość ludzi się zachowuje, czy co ów ogół robi. Człowiek najpierw patrzy na siebie, jak w lustrze, a potem na resztę, acz tą lepiej komentować podczas oglądania wiadomości telewizyjnych. Nikt o państwie i społeczności nie myśli godzinami.
Nie wszyscy boją się wizyty u stomatologa! Nie każda dama ubiera się wyzywająco podstawiając wypięty półnagi biust i nie podtyka go pod męski nos! Nie każda pyskuje do starszych – zwłaszcza w autobusie, przy innych! Nie każdy jest biedakiem czy żebrakiem, acz kowalem swego losu już tak.
Wiele tu dywagacji, wiele tematów. Wiadomo – im więcej ludzi, tym więcej mózgów, im więcej mózgów, tym więcej myśli, a te plączą się, przenikają wzajemnie, czy kreują się od nowa.
O tym jest „Spacer...”. Przegadany – niepotrzebnie. Czasem nużący – a szkoda.
Choć może ze spacerem tak jest? Że człowiek wychodzi z domu, zamyka drzwi i leje w sobie tę kaskadę słów i idzie i tak bezmyślnie dłuży mu się każda droga i czas spowalnia?
za egzemplarz dziękuję SZTUKATEROWI
#agaKUSIczyta