Tym razem w dłonie czytelniczek i czytelników trafia zbiór jedenastu opowiadań Lao She. Niech nie zmyli Was jednak wylegujący się na okładce kot ani niewielka objętość tomu – oto bowiem, pozwolę sobie na subiektywną ocenę, jeden z najlepszych zbiorów opowiadań, jakie ostatnio miałem przyjemność czytać.
Lao She po mistrzowsku tworzy miniatury chińskiego życia, niekiedy wypełnione dojmującym poczuciem osamotnienia, nadwrażliwością na nieszczęścia innych. To przesiąknięty polityczną doktryną świat miast i wsi, pełen skomplikowanej sieci powiązań, w którą wplątani są – często nieświadomie i wbrew własnej woli – bohaterowie opowiadań, ujętą jednak tak delikatnie, że tylko wytrwali i bystrzy czytelnicy odnajdą ślady, którymi prowadzi nas autor. Ale to nie czas przemian i czerwonych chorągwi jest tu głównym tematem – są nimi zwykli ludzie, którym tylko czasami przytrafia się szczęście, ich rozterki, sytuacje niespotykane i banalne, ulepione z codziennego mozołu i zdarzeń zwykłych. To panoptikum postaci i historii podanych z brawurową ironią, innych melancholijnych i wyciszonych. Jest zatem do łez i do śmiechu, mądrze i przenikliwie.
Człowiecza natura zaskakuje skomplikowaniem i pięknem, a jednocześnie swoją prostotą – Lao She pojął ją przenikliwie. Opisał w przesympatyczny sposób, nawet jeśli bohaterami jego noweli stali się ludzie słabi i malutcy. Już w pierwszym opowiadaniu dostrzec można kwintesencję spostrzegawczości autora. W „Sąsiadach” kreśli obraz banalnego konfliktu, który zmącił spokój mieszkających „poprzez ścianę” rodzin. Może i przyczyna kłótni była błaha, ale zdaje się, mówi Lao She, że awantura wybuchłaby i tak – popatrzcie na te dwie kobiety i na ich mężów. To tlące się wulkany, nie mogłyby nie wybuchnąć. W tytułowym opowiadaniu, które rozpoczyna list o istocie kłamstwa, dostajemy postać zdezorientowanego pracownika, który mimo zapewnień o swej szczerości i przekonaniu o własnej uczciwości, nienaganności życia i przestrzegania wymaganych społecznie reguł, łatwo wchodzi na drogę słownych oszustw i oszukańczych czynów. W moim ulubionym „Filmie z dźwiękiem”, które przypomina slapstickową komedię, opisano rodzinną wyprawę do pobliskiego kina. Ta historia to smaczek, cukierek i sama słodycz, pure nonsense, doskonały przykład, jak świetnym obserwatorem ludzkich przywar i dziwaczności był She. „Przywiązanie” to historia pochłoniętego manią książkowego kolekcjonerstwa, który woli zbratać się z wrogiem, byleby zaspokoić swoje żądze. W „Wielkim otwarciu” przyglądamy się działalności pewnego szpitala, w którym może nie jest ważne, by leczyć, ale by ściągnąć doń jak największą liczbę zamożnych pacjentów, którzy gotowi są uiścić każdą cenę chociażby za ułudę obietnicy wyzdrowienia. „Królik” to historia zdradzieckiej siły muzyki, delikatności twórcy i obłędu, jaki przynosi sukces, zaś „Sierp księżyca” to znów tragiczna historia dziewczyny, która swe życie i ciało oddaje innym.
I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie – Lao She jest mistrzem (celowe powtórzenie) końców właśnie. Ostatnie akapity jego opowiadań są prawdziwymi literackimi perłami. Czytajcie „Człowieka…” chociażby dla nich, dla ujmującego zaskoczenia, które staje się nagrodą, tajemnicą i rozwiązaniem zagadki jednocześnie.
Świetny przekład (i posłowie) Marty Torbickej.
Książkę otrzymałem z portalu Sztukater.