Są książki, które przez osiemset stron mówią o niczym; przy lekturze takich tomiszczy mamy poczucie zmarnowanego czasu i wkurzamy się na autora/grafomana (niepotrzebne skreślić), że ukradł nam kilka godzin z życia. Lecz są też takie, które na raptem stu czy dwustu stronach odkrywają przed nami cały mikrokosmos i zamiast czasu – kradną nam myśli; ich treść krąży w mózgu, żeby w końcu wygodnie umościć się między zwojami neuronów i tam powoli się rozkładać, odsłaniać przed nami kolejne warstwy. Właśnie taką książką są „Prochy w ustach” Brendy Navarro.
Na pierwszy rzut oka pomysł na tę powieść nie brzmi porywająco – młody chłopak skacze z okna. Obraz jego ciała uderzającego w ziemię nieustannie prześladuje jego siostrę, która za wszelką cenę chce zrozumieć, dlaczego zdecydował się na tak ostateczny krok. Dziewczyna – będąca narratorką w książce – wspomina ich wspólne dzieciństwo w domu dziadków, wyjazd do Hiszpanii (najpierw matki rodzeństwa, później również ich samych), próby dostosowania się do nowej rzeczywistości, życie na emigracji; a w końcu powrót do Meksyku wraz z prochami Diega.
W miarę zagłębiania się w tę historię zaczynamy dostrzegać, ile wątków i warstw skrywa; jak wiele autorka chce nam przekazać. Jednym z poruszanych tutaj tematów, który wyraźnie wybija się na pierwszy plan, jest przemoc – i to o dwóch obliczach. Navarro trafnie punktuje różnice między miejscem urodzenia dziewczyny a krajem, który miał być dla niej „lepszym jutrem”. W Meksyku przemoc jest jednostkowa – ludzie boją się siebie nawzajem, wracając do domu po nocy czują się niepewnie, na ulicach panuje niepokój i poczucie zagrożenia. W Hiszpanii natomiast przemoc przybiera formę systemowego wykluczenia: brak wsparcia dla migrantów, wyzysk, zatrudnianie na czarno, traktowanie nie-Hiszpanów jak obywateli drugiej kategorii. Również relacje są tutaj toksyczne i pełne agresji – zarówno te rodzinne, jak i przyjacielskie. Narratorka zdaje sobie sprawę, że tkwi w systemie przemocy, w kręgu pokoleniowych traum, lecz nie wie, jak się z nich wydostać.
Uczuciem dominującym w „Prochach w ustach” jest złość (żeby nie powiedzieć: wkurw), która niemal wylewa się ze stron powieści. Dziewczyna jest wściekła na wszystko i wszystkich – na matkę, na system, na świat, a przede wszystkim na siebie; nieustannie wraca do przeszłości, analizując dzieciństwo swoje i Diega i próbuje znaleźć sygnały, które powinny były ją ostrzec, dzięki którym mogłaby uratować swojego brata. Autorka ukazuje żałobę jako doświadczenie bardzo osobiste – to nie jest spokojna refleksja nad stratą, lecz buzujące w narratorce emocje, które jednak nie znajdują ujścia: gniew, smutek, bezsilność, a przede wszystkim potrzeba znalezienia winnego, choćby w samej sobie.
Rodzina w powieści Navarro nie jest bezpieczną przystanią. Matka bohaterki i Diega to kobieta podejmująca wszelkie decyzje z myślą o zapewnieniu sobie dobrego życia, nawet kosztem relacji z własnymi dziećmi. To ona najlepiej z całej trójki radzi sobie na emigracji i nawet nie próbuje zrozumieć swojej córki, dostrzec, że ta nie radzi sobie z opieką nad Diegiem. Natomiast relacja rodzeństwa jest pełna czułości, lecz jednocześnie poczucia niezrozumienia, pełna kłótni i napięć. Autorka udowadnia, że więzy krwi nie zawsze oznaczają wsparcie – czasem właśnie one stają się źródłem największego bólu.
Jestem pod ogromnym wrażeniem stylu Brendy Navarro (tu również wielkie chapeau bas dla tłumaczki, Agaty Ostrowskiej). Jej proza jest gęsta, brutalna, intensywna; hipnotyzuje i angażuje emocjonalnie. Prosty, czasem bardzo wulgarny język i brak patosu sprawiają, że historia zdaje się jeszcze bardziej rzeczywista. Sposób narracji, pełen retrospekcji i wewnętrznych monologów bohaterki doskonale oddaje chaotyczność jej myśli i próby poskładania rzeczywistości w całość. Dialogi są tutaj pisane ciągiem, jak strumień świadomości, jednak moim zdaniem nie przeszkadza to w odbiorze.
Podsumowując, „Prochy w ustach” są książką wyjątkową, wielowarstwową, odpowiednią do niespiesznego smakowania i obracania w głowie, prowokującą do niekończących się dyskusji. To literatura, która zachwyca… i boli. Po lekturze trudno jest wrócić do codzienności.