Oni nie są typowi.
To jest pierwsza rzecz, którą trzeba napisać o tej książce – żadna z czterech postaci dramatu, żaden z tych czterech chłopców nie jest normalnym, standardowym młodzieńcem, przeżywającym normalne, standardowe młodzieńcze stany umysłu. Kusi interpretacja w której widzimy tu czterech zwykłych ludzi, wrzuconych w w znacznej części zwykłą sytuację, która ma tylko potencjał, by rozwinąć się w coś patologicznego, ale nie. Tak nie jest.
Przede wszystkim – i na temat jego niestandardowości napisano siłą rzeczy najwięcej, w recenzjach na portalach literackich i nie tylko - everymanem nie jest sam czytający (czy próbujący czytać) Kanta, kminiący liczby urojone ale i powierzchnie małego obszaru danego pomieszczenia (bo i takie sceny są w powieści) Törless. I, powiedzmy to od razu, to stwierdzenie wyklucza z miejsca jedną z narzucających się interpretacji „Niepokojów…” wedle której miałaby to być powieść inicjacyjna, powieść o dorastaniu. No, nie, w takim dziełku główny bohater musi być kimś, z kim odbiorcy w miarę łatwo, choćby po części łatwo jest się utożsamić. A w jego wypadku takie utożsamienie się bynajmniej nie będzie zbyt proste. Zresztą… pamiętacie swoje nastoletnie bunty, w czasie których nienawidziliście wszystkich? Czy w tym czasie radziliście się co robić w ważnej sprawie rodziców? No to Törless taki list do rodziców pisze i wnikliwie studiuje ich odpowiedź.
Ale przecież także Basini, chodzący na dziwki, przechwalający się miłostkami, wydający pieniądze na prawo i lewo daleki jest od stereotypu ofiary. Czy to z kolei wpływa jakoś na sensowność tej drugiej, może nawet najczęściej przyjmowanej interpretacji, zgodnie z którą mamy do czynienia z literacką alegorią stosunku niemieckiej inteligencji do tego, jak naziści traktowali Żydów w trakcie Holokaustu, z przeczuciem tego, co miało nadejść? Tu jestem trochę rozdarty, nawet jednak jeśli przyjąć taką wykładnię „Niepokojów…” - a kusi ona, Musil byłby wtedy omalże wizjonerem i wnikliwym analitykiem niemieckiej duszy – to, cóż, nie do końca odpowiadałaby ona prawdzie. Inteligencja w Rzeszy była zdaje się o wiele bardziej zaangażowana w cały proceder i to bynajmniej nie było tak, że „tylko się przyglądała”.
Tak na marginesie, to jeśli ktoś chce na serio poznać takie prorocze względem Holokaustu analizy niemieckiej duszy, to polecam twórczość Odona von Horvata („Sąd ostateczny”, „Kazimierz i Karolina” itd.). Tam naprawdę jest to dobrze, szokująco wręcz dobrze (i proroczo!) zrobione.
Wreszcie everymenami czy everyznęcaczami nie są też Reiting i Beineberg, również nieco zbyt intelektualni i przejmujący się otoczeniem jak na tę rolę
Tak naprawdę, to wydaje się, że jest jeden dobry trop interpretacyjny tej powieści – potraktowanie jej jako literackiej sesji terapeutycznej, którą Musil zafundował sobie po jakichś traumatycznych przeżyciach z przeszłości. Ta warstwa książki jest zdaje się stosunkowo najrzadziej dostrzegana, a tymczasem, w okresie poprzedzającym nieco ten, w którym działali Freud i Jung, też powinna kusić.
Swoją drogą to mam wrażenie, że pisarz właśnie chciał, by to była powieść inicjacyjna (i też, byśmy bez trudu utożsamiali się z Törlessem) i by to była meta fora zjawisk społecznych. Chciał pan coś zamaskować, panie autorze?