Uwaga, uwaga. Nie oceniam artysty, ani jego muzyki, tylko książkę o nim. Choć musiałam się bardzo starać, by te sprawy rozgraniczyć. Rysiek i jego muzyka dostaliby z miejsca 10 punktów.
Trzeba czytać blurby, a nie potem jęczeć, że książka nie trafiła w oczekiwania. To faktycznie, jak piszą, nie jest książka o muzyce, nagranych płytach, zaśpiewanych koncertach. Powiem więcej, to nie jest również wspomnienie o Ryśku Riedelu, tylko Rysiek Riedel we wspomnieniach - chaotycznych, nieuporządkowanych, każdy pisze co mu się tam w głowie roi i co po 25 latach pamięta, co dla niego było istotne. A ponieważ autor prawdopodobnie puścił wspomnienia na żywioł - niech każdy pisze co chce, największą jej wadą jest powtarzalność. Ile razy można przyswajać informacje, że facet był nietuzinkowy, wyjątkowy, barwny, ćpał, kochał żonę, dzieci, muzykę, swoją publiczność i dziesiątki innych oczywistych oczywistości. O tym każdy, kto go znał ma ambicję się rozpisać lub choćby przelotnie wspomnieć. Gdyby te w kółko powtarzane oczywistości wyciągnąć przed nawias, jako część wspólną - cegła o Ryśku Riedlu nie byłaby tak nudna, zostałyby oryginalne, indywidualne wspomnienia.
Ale pomijam już tę powtarzalność. W książce snują wspomnienia dwie grupy ludzi: ci, którzy Ryśka znali oraz tacy, którzy się o niego otarli.
Grupa pierwsza. Wypowiedzi tych pierwszych, którzy mają coś wnoszącego do tematu, czyta się dobrze. To rodzina, koledzy muzycy z zespołu lub wspólnie muzykujący, faktyczni przyjaciele z dzieciństwa i młodości. I to jest mniej więcej połowa objętości książki. I wystarczyłoby!
To wspomnienia, które pokazują Ryśka jako ojca, męża, przyjaciela, kumpla, sąsiada, wybitnego muzyka - odczarowują jego obraz. Człowieka z nieukończoną nawet podstawówką, ale erudyty, muzycznego samouka, ale genialnego muzyka wykluczonego prze zespół, który współtworzył, a potem to on go wyciągnął na piedestał. Narkomana, który walczył i chciał żyć normalnie, nie żadnego „brudnego niedomytka”, lecz gościa, który lubił się stroić i dobrze wyglądać. Pokazują jego inną twarz, również jako muzyka oraz jak się z nim żyło jego najbliższym. A często łatwo nie było. I rodzinie, i zespołowi, i przyjaciołom. Tę część czytałam z dużym zaciekawieniem i przyjemnością, inaczej postrzegam teraz Ryśka, jego twórczość, teksty piosenek.
Druga grupa. Brnęłam natomiast męcząc się straszliwie przez wspomnienia pozostałych osób, których kontakty z Riedlem były epizodyczne, ale miały ambicję opisać okoliczności, w jakich otarli się o Mistrza. Bardzo charakterystyczne wspomnienie: Riedel to był kolega koleżanki mojej siostry, kiedyś ta koleżanka przyprowadziła go do nas do domu, mama poczęstowała go pomidorową, jadł w moim pokoju. Potem widziałem go w sumie 3 razy na koncercie. Po jednym z nich podszedłem i zapytałem, czy tę pomidorową i mnie pamięta. Nie pamiętał. Rozumiem, że to dla autora ważne wspomnienie, ale dla mnie nic nie wnosi. Albo: po koncercie dostałem od niego identyfikator (kto inny autograf, stare organki itp), miałem fajną pamiątkę, szkoda, że się gdzieś zawieruszyła. Jeszcze inne wspomnienie: siedziałem z dziewczyną w kawiarni, wszedł Rysiek. Hurra! I o tym pół strony. Często rozmówcy piszą : widziałem go kilka razy na koncercie, a potem jak lubili jego muzykę i co zrobili jak się dowiedzieli, że umarł. Albo: nie łączyła nas zażyłość, zapowiadałem jego koncerty. A to? Obiecałem załatwić mu płytę - nie załatwiłem, zaopiekować się synem - nie zaopiekowałem, kupić w Stanach ciuch - nie kupiłem.
I tak przez pół książki. Czyli - On był wielki i wyjątkowy, a ja się pochwalę, że nasze drogi się gdzieś skrzyżowały, co doskonale pamiętam. W tej części książki Rysiek wcale nie jest na pierwszym planie. Myślę, że też potrafiłabym napisać takie wspomnienie, ostatecznie mieszkałam przez dwa lata w Tychach, a teraz mieszkam w Chorzowie w pobliżu jego dawnego mieszkania oraz szpitali, w których się urodził i odszedł.
Jak tu ocenić książkę? Może tak. Za wspomnienia osób, które miały coś do powiedzenia 5/5. Za wspomnienia tych, którzy mieli szczęście się otrzeć 1/5. Łącznie 6/10. Minus 1 punkt za literówki i niechlujną redakcję niektórych tekstów. Ale dodatkowy punkt za okładkę i zakładkę ze sprytnie ukrytym hasłem „w życiu piękne są tylko chwile”.
Książki ani nie odradzam, ani nie polecam. Po drugą część nie sięgnę. Nie ma mowy.