Kiedy sięgnęłam po „Śmiertnicę” Macieja Torebko, byłam zachwycona. Od pierwszych stron książka przyciągnęła mnie atmosferą tajemniczego Podlasia, dusznym klimatem małej wsi i bohaterem, który próbuje poukładać swoje życie na nowo. Opowieść rozwijała się obiecująco – plastyczne opisy, intrygujące relacje między postaciami i gęstniejąca sieć sekretów budowały napięcie, które obiecywało fascynującą historię.
Niestety, po świetnym początku coś zaczęło się psuć. Wątki, które miały być straszne i tajemnicze, stały się po prostu absurdalne. Paranormalne elementy, które na początku subtelnie podsycały atmosferę, z czasem zaczęły przytłaczać i trącić przesadą. Nie przekonała mnie ani mistyczna otoczka, ani opowieści o pradawnych legendach, które zamiast wzbudzać dreszcz emocji, sprawiały wrażenie sztucznie dodanych do fabuły.
Również niektóre zwroty akcji wydawały mi się wymuszone. Śledztwo detektywa, warszawscy gangsterzy, zniknięcie batiuszki – to wszystko mogło stworzyć fascynującą sieć powiązań, ale zamiast tego sprawiało wrażenie zlepków przypadkowych pomysłów, które nie do końca się kleiły. Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej czułam, że autor próbuje na siłę utrzymać moją uwagę, wprowadzając coraz bardziej wydumane wydarzenia.
Szkoda, bo „Śmiertnica” miała ogromny potencjał. Gdyby autor skupił się na realistycznym thrillerze z nutą podlaskiej tajemnicy, powieść mogłaby być wyjątkowa. Niestety, nadmiar mało przekonujących wątków paranormalnych sprawił, że lektura stała się męcząca, a ja, zamiast z zapartym tchem śledzić losy bohaterów, coraz częściej przewracałam oczami.
Podsumowując – świetny początek, ale potem rozczarowanie. Jeśli ktoś lubi książki, w których legendy i duchy odgrywają kluczową rolę, może podejść do „Śmiertnicy” bardziej przychylnie. Ja jednak oczekiwałam czegoś bardziej spójnego i wciągającego do samego końca.
Nie mogę powiedzieć, że to całkowicie zmarnowany czas, bo kilka elementów – zwłaszcza atmosfera i początkowe budowanie napięcia – było naprawdę udanych. Niestety, im dalej, tym bardziej historia traciła na sile, a finał nie pozostawił we mnie żadnych emocji. To jedna z tych książek, które zaczynają się jak coś wyjątkowego, ale kończą jako przeciętna lektura, o której szybko zapomnę.