Książka Anny Soboty opowiadająca historię Layli – dziewczyny, która z dnia na dzień traci wszystko, co do tej pory uważała za oczywiste – miała potencjał, by stać się interesującą powieścią młodzieżową z elementami romansu i wątkiem przemiany bohaterki. Niestety, finalny efekt daleki jest od oczekiwań nawet niewymagającego czytelnika. Opowieść, która miała poruszać temat upadku, samotności, zmiany otoczenia i wewnętrznego rozwoju, staje się jedynie szkicem czegoś, co mogłoby zostać interesującą historią – gdyby tylko zostało poprawnie napisane, zredagowane i przede wszystkim dopracowane.
Przepraszam, ale dla mnie ta książka jest aczytalna. Budową przypomina typową Wattpadawkę napisaną przez czternastolatkę. W moich oczach, nic posiada nic, co powinna posiadać interesująca książka. Jedni mówią, że to romans, inni twierdzą, że to literatura młodzieżowa, a ja po przeczytaniu nadal nie wiem o czym to jest.
Pierwszym problemem jest forma i język powieści. Styl autorki przypomina raczej nieopierzony wpis blogowy lub szkic scenariusza filmowego. Dialogi wydają się sztuczne, a opisy zdarzeń często są chaotyczne i niepełne. Największym zarzutem są jednak zdania – wielokrotnie złożone, przeciągnięte przez kilka wersów, pozbawione rytmu i logiki. Najdłuższe zdanie jakie sobie zaznaczyłam na cztery wersy. Ani nie wnosi to nic do historii, cani nie czymi stylu autorki atrakcyjniejszym. Wręcz przeciwnie, takie zabiegi tylko męczą czytelnika.
Fabuła, choć w teorii oparta na klasycznym motywie upadku i odkupienia, nie rozwija się w sposób angażujący. Postaci są płytkie, a ich motywacje – niejasne. Brakuje spójnej narracji i wyraźnych punktów zwrotnych, przez co całość sprawia wrażenie rozciągniętego streszczenia, a nie pełnowartościowej historii. Co gorsza, niektóre sceny są powtarzane, a informacje przywoływane kilkukrotnie – jakby autorka zapomniała, że już je wcześniej zawarła. Jeżeli informacja pojawia się dwie strony wcześniej, to czytelnik o tym pamięta, nawet gdy zmienia się sceneria, a zdanie wypowiada inna postać. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że pisząc tę historię w pełni od myślników, nie zamienilibyśmy jej sensu w porównaniu do gotowego dzieła, które otrzymaliśmy.
Kwestie edytorskie również pozostawiają wiele do życzenia. Korekta wydaje się powierzchowna lub wręcz nieobecna – w tekście roi się od błędów składniowych, interpunkcyjnych i językowych. Zastanawiające jest, jak tekst w takim stanie został dopuszczony do druku przez wydawnictwo. Ktoś podpisał się pod redakcją i korektą własnym imieniem i nazwiskiem. Przekleństwa. Rzucanie mięsem, jak dziecko w podstawówce, które myśli, że dzięki temu będzie bardziej poważne wśród rówieśników. Tu dodana w przypadkowych wypowiedziach, w szczególnie specyficzny sposób. Jedne są pisane normalnie, inne z cenzurą w postaci gwiazdek. Moja pierwsza myśl była taka, że nie jest to film, więc nie potrzebujemy "pikaczy” ani innych przerywników. To jest książka. Jeżeli potrzebujesz napisać przekleństwo, po prostu je napisz.
Wydanie książki jako pierwszy tom dylogii (przy objętości zaledwie 130 stron) również budzi moje wątpliwości. Ten podział wydaje się nieuzasadniony i odczytuję to jako zabieg czysto marketingowy – niepoparty ani obiektywną potrzebą fabularną, ani jakością treści. Tak zwany skok na kasę.
Nie sposób odmówić autorce odwagi w podjęciu próby i debiutu. Widać, że chciała opowiedzieć historię o emocjach, utracie i dojrzewaniu. Niestety, zabrakło jej warsztatu, redakcji oraz autorefleksji. Być może za kilka lat, z pomocą doświadczonego redaktora i większym dystansem do własnej twórczości, powróci do tej historii i stworzy wersję, która zasłuży na uwagę. Na ten moment jednak, omawiana książka pozostawia po sobie wrażenie niedopracowanego projektu, który nie powinien jeszcze ujrzeć światła dziennego.