,,Ostrzegano mnie przed drugą książką'', napisała Emily A. Duncan w swoich podziękowaniach.
Szkoda, że mnie nikt nie ostrzegł.
I jeszcze raz, na drugą nóżkę o tym dlaczego książce potrzebny jest korektor: Rozumiem - inflacja, rosnące ceny papieru, prawa do książki, prawa do tłumaczenia, skład i łamanie ale na wszystkich dostępnych i niedostępnych w pobliżu bogów, nie oddaje się czytelnikowi do ręki książki w której można znaleźć perełki w stylu: ,,Mówię poważnie! Założyła kult
osobowości, i w ogóle'' [mogła co najwyżej rozpocząć kult jednostki, ale co ja tam wiem. Ja jestem tylko marnym socjologiem.]; ,,Serefin
podniósł wzrok ze swojego miejsca'', ,,Na pokładzie znajdował się tylko kapitan i
jego szkieletowa załoga'' [i wcale nie chodziło tu o szkielety rodem z Piratów z Karaibów - chodziło o to, że łódź obsługuje niewielu marynarzy], ,,Nadia
napięła dłoń (...)'', ,,Lina się napięła i razem z nią napłynęła
emocjonująca fala mocy'', ,,Właśnie użyła
niemożliwej do zdefiniowania magii na oczach kapitana łodzi'' [
i ponownie: nie rzucała zaklęć na oczy kapitana, ale robiła to w taki sposób, że kapitan je widział.]
I uwierzcie mi, w książce jest tego więcej. Ja sama mogę się domyślić co autor miał na myśli i co tłumacz niezgrabnie przetłumaczył (ale ponownie: to nie wina tłumacza, tłumacz nie musi dobrze pisać, tłumacz ma tłumaczyć), ale uważam, że nie o to chodzi w czytaniu dla przyjemności, żeby się domyślać w którym momencie tłumacz poczuł się zmęczony i dlatego powstało zdanie w rodzaju ,,Wspomnienia mu się urywały
rozbrajająco, co go przerażało'' albo ,,Czaszki - otwarte usta -
rysy twarzy oderwane od twarzy''.
A tak w ogóle a propos tej przyjemności... To była ona bardzo wątpliwa. ,,Bezlitośni bogowie'' wymęczyli mnie tak potwornie, że w tej chwili wcale nie jestem pewna czy kiedykolwiek będę chciała sięgnąć po trzeci tom.
Świat wykreowany przez Emily A. Duncan jest światem mrocznym i cholernie nieprzyjaznym. Wiem, taki miał być od początku, ale w drugim tomie autorka przeszła samą siebie. Nie dość, że wojna między Kalazinem i Tranawią (albo Tranawią i Kalazinem, zależy jak na to patrzeć) wciąż trwa, nie dość, że magia krwi ma się całkiem dobrze i magowie jej używający wciąż biegają po świecie z żyletkami w rękawach, nie dość, że carewna należąca do tajnego zakonu łowców Sępów biega po świecie z naszyjnikiem składającym się z ich zębów, to jeszcze zahaczamy o iście lovecraftowskie nienazwane i niemożliwe do określenia horrory, ale i tego jest mało, bo w pewnym momencie natrafiamy już na wynaturzone wszechmocne istoty, demony, przedwiecznych bogów, drzewa płaczące krwią, ściany ociekające krwią, sadzawki pełne krwi - czujecie klimat, prawda?
A, i do tego jeszcze na świecie panuje sroga i (zdaje się?) nienaturalnie długa zima. Więc za chwilę do tego wszystkiego dojdzie klęska głodu.
I jeśli czytacie moje recenzje albo po prostu obserwujecie książki, które czytam, to możecie zauważyć, że raczej nie sięgam po lekką, łatwą i przyjemną literaturę. Raczej czytam rzeczy cięższe i raczej poważne. Mogłoby się więc wydawać, że jestem na taki klimat w pewnym sensie uodporniona. Ale nie, bo to, co dostałam w ,,Bezlitosnych bogach'' było tak bezsensowne, tak nieprzyjemne, tak gęste, tak pozbawione jakiejkolwiek nadziei, tak głupie, że nie byłam w stanie tego znieść. I cały czas, gdzieś z tyłu głowy, kołatała mi się taka myśl, że kompletnie nie rozumiem tego, jakim cudem w tym świecie jeszcze ktokolwiek żyje. Z własnej i nieprzymuszonej woli. Bo nawet daleka Akolia jest rozrywana wewnętrznymi sporami i balansuje na krawędzi krwawej - a jakże - wojny domowej.
Zdrady ukryte w zdradach, które są ukryte w zdradachMroku Emily A. Duncan wciąż nie ma dość, bo obecny jest on również w relacjach łączących naszych bohaterów. Nadia i Malachiasz są klasycznym przykładem modnego ostatnio love-hate relationship. On ją zdradził, ona cierpi na kompleks zbawcy i chce go uratować, ale jest przy tym urażoną kobietą i planuje się na nim zemścić za to, co jej zrobił więc wiemy, że z tego nie może wyniknąć nic dobrego.
Serefinowi jest smutno z powodu zdrady Malachiasza, a poza tym Serefin, jak Jon Snow, wcale nie chce być królem, i do tego wszystkiego jeszcze przyczepił się do niego jakiś starożytny bóg, który cały czas pokazuje mu makabryczne wizje.
Malachiasz zaś traci cały swój urok z poprzedniego tomu i staje się teraz podstępny i zły, niczym sam Szef Szatan. Jeszcze zobaczycie, że wszystkich ogra w tej dziwnej grze.
Pozory realizmu... ... w tej książce już w zasadzie nie istnieją. O ile jeszcze jakoś byłam sobie w stanie w poprzednim tomie pewne rzeczy zracjonalizować, to tutaj, po przeczytaniu, że wrogi Tranawii Kalazin też wysyła swoją jedyną następczynię tronu do walki na wojnie, w polu, śniegu, błocie i ogólnej rzezi, zwyczajnie zwątpiłam. Bo wiecie, jeden król może na tyle nie lubić swojego potomka. Ale dwóch?
Poza tym, Malachiasz nosi legginsy.
Legginsy.
Kończąc: ,,Bezlitośni bogowie'' stracili wszystko to, co było fajne w ,,
Niegodziwych świętych'' na rzecz tego, żeby stać się posępną, mroczną, ciężką i ociekającą krwią lekturą wypełnioną po brzegi dramatami, zdradami i złamanymi sercami. Podejrzewam, że trzeci tom będzie podobny i że skończy się jakimś mniejszym lub większym happy endem, bo Emily A. Duncan udowodniła mi już, że nie potrafi zabić żadnej ze ,,swoich ulubionych'' postaci.
Książkę, oczywiście, można przeczytać ale w zasadzie niespecjalnie polecam.
*książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl