Mam mieszane uczucia po przeczytaniu "Rany". Chmielarz pisze dobrze, główne tematy - przemoc wobec dzieci i bagienko, jakie może skrywać pozornie nowoczesna i elitarna szkoła - są ważne i nośne, jest nawet nawiązanie do głośnej sprawy opisanej kiedyś przez "Wyborczą" (reportaż "Śliczny i posłuszny") i Mariusza Szczygła. A jednak coś mi nie gra, czegoś mi w tej książce brak, a może raczej - czegoś jest za dużo. Niby to kryminał, ale śledztwo prowadzą amatorzy, którzy niczego nie mogą zdziałać. Niby to powieść psychologiczna, ale problemów, którymi się zajmuje, jest tak wiele, że żadnemu nie można poświęcić dostatecznie uwagi. Mamy dręczoną koszmarami, starzejącą się nauczycielkę, żonę zdradzającą męża i zarazem cierpiącą z powodu jego obojętności, dwa inne rozpadające się lub nieistniejące małżeństwa, a przede wszystkim - całą galerię dzieci czy nastolatków dręczonych, zaniedbanych fizycznie i psychicznie, emocjonalnie porzuconych czy wykorzystywanych przez rodziców. Nie ma w "Ranie" ani jednej, dosłownie ani jednej poprawnej (nie mówiąc już o dobrej) relacji rodzice-dzieci. Nauczyciele też nie mogą pomóc: boją się, nie potrafią, albo im to wisi. Nawet dyrektorka szkoły prywatnie jest beznadziejną matką. Dorośli w tej powieści to przemocowcy, głupki, alkoholicy, tchórze, lenie, szubrawcy i krętacze, w dodatku praktycznie wszyscy się znają i robią ze sobą szemrane interesy (strasznie malutkie miasteczko z tej Warszawy). Trochę to wszystko nieprawdopodobne, poza tym uproszczone i karykaturalne. A kiedy nie bardzo wierzysz w to, co czytasz, raczej trudno się tym przejąć. Rozwiązanie zagadki morderstwa też okazało się jakieś bez polotu, trudno typować mordercę, gdy niczego się o nim nie wie. W sumie nie odradzam, ale proszę się nie spodziewać fajerwerków.