Nawet nie wiem jak to napisać. Bo moje rozczarowanie tym "oczekiwanym zwieńczeniem cyklu" jest tak ogromne, że aż niewysławialne. Dla poprawności procesowej jednak kilka punktów muszę wyjaśnić.
Otóż:
Po, pożyczonym przypadkowo, Morderstwie pod cenzurą, były dwa kolejne (Kino Venus i Na imię jej będzie Aniela), lepsze / gorsze, ale wciąż wyśmienite, utrzymane w klimacie retro, Lublina różnych okresów historycznych jest tu "akuratnie" i tak dalej, i tak dalej..., zakochałam się w Maciejewskim na amen. Dozuję sobie książka po książce. No, ale pewnego dnia, robiąc dość duże zakupy w Tezeuszu (moim ulubionym antykwariacie) dostałam w prezencie książkę do wyboru. Pod nos podetkano mi dwa wielkie kosze. I jak tu wybrać JEDNĄ?? I wtedy zobaczyłam okładkę.
Marcin Wroński napisano wołami. Czcionką i zgraną z całą resztą cyklu grafiką... Numer tomu (ostatni) mi umknął. Sięgnęłam zachwycona - ha! pomyslałam, w końcu nie będę musiała czekać aż Wrońskiego oddadzą do biblioteki. Mam własnego Wrońskiego!
Wróciwszy do domu chyba nawet butów nie zdazyłam ściągnąć i herbaty zrobić...
Pierwszy rozdział (jak się później okazało, opowiadanie...) był w stylu i całkiem do rzeczy. Drugi okazał się... pisany przez kogoś innego. To było widać i czuć (jak przykładowo zupełnie, w Chmielewskiej. Od pierwszej strony widać, że tego akurat NIE PISAŁA Chmielewska.) Akurat pana Ćwirleja (to opowiadanie było zupełnie inne, dobre, ale "inaczej") i już wiedziałam, że to opowiadania pisane każdorazowo przez innego, znanego autora kryminałów. Przeczytałam jeszcze dwa opowiadania i książkę odłożyłam.
Po pierwsze: nie przepadam za opowiadaniami kryminalnymi.
Po drugie - uważam, ze skoro autor wypracował własny styl i własnego bohatera, to kończenie zbiorem opowiadań pióra różnych autorów ( z własnym stylem i bohaterami) jest strzałem w stopę. A przynajmniej zabiegiem mocno niefortunnym. Możliwe też, ze autor miał już dość Zygi i peanów na swoją cześć i postanowił podzielić się sławą. Ale cholera jasna, wystarczyło zamknąć cykl na 9tym tomie. Albo ten wydać w ramach "Epitafium dla Zygi" i wytłuścić wszystkich autorów, a autora cyklu potraktować po macoszemu (małym druczkiem?). Rzadko kiedy czuję się oszukana przez autora. Ale teraz się poczułam.
Po trzecie - żadne z przeczytanych przeze mnie opowiadań (z wyj. pierwszego, które było autorstwa oryginalnego autora) nie ma klimatu Zygi, polotu i Zygi i tak jakby zero Maciejewskiego w Maciejewskim. Nie twierdzę, że autorzy pozostałych opowiadań nie mają kunsztu literackiego - muszą go mieć, skoro podjęli się próby pisania o bohaterze stworzonym przez innego pisarza. Odwaga to wielka. Ale czy równie dobre wykonanie? Zapewne Ćwirlej pisał po ćwirlejowemu, Ostaszewski po Ostaszewskiemu, a Pilipiuk, nijak inaczej, tylko po Pilipukowemu.
Ale ja chciałam Wrońskiego. Tego Wrońskiego, który wielkimi wołami na okładce krzyczy, że to on jest autorem. Nosz... właśnie - to dodatkowy minus.
Dla mnie jedno wielkie NIE. Bez oceny, bo nie dokończyłam. Z rozmysłem. Nie chciałam oceniać Maciejewskiego na marne dwie gwiazdki