Jest przyzwolenie społeczne na traktowanie czytelników jak debili, więc wydawnictwa idą po najmniejszej linii oporu (czytaj: po taniości). Tłumaczenia robią ludzie z łapanki, lub wujek google a efekt końcowy mamy powyżej.
Ludzie wolą przymknąć oko...
Pokazałem ten kfffietnik mojej Pani dyrektor małżeństwa (zajmującej się zawodowo m.in. nauką gramatyki i wykonywaniem tłumaczeń): stwierdziła że dla tłumacza przysięgłego takie lapsusy to niestety smutna codzienność i orka na ugorze.