Ojciec - kat, matka - ofiara, a dzieci niech sobie radzą same. To taka dość typowa sytuacja w polskich rodzinach czasu socjalizmu. Wiem, bo mogłam zaobserwować takie zachowania w różnej konfiguracji u znajomych. Jako dziecko było mi trudno ocenić jednoznacznie, że to niedobre, że tam jest tak zawsze, bo przecież u mnie było inaczej. Każda rodzina z która miałam do czynienia poprzez swoich znajomych jako młodsze dziecko i starsza nastolatka była inna, ale tylko w dwóch z nich nie panowała dysfunkcja. I nie mam tu namyśli jedynie rozbite rodziny - tak dawniej mówiło się o rozwiedzionych - co było czasem krzywdzące, bo to, że brakowało matki lub ojca nie znaczyło, że dzieciom brakowało ciepła.
Po przeczytaniu opisu książki historia Eli Sidi wydawała mi się bardzo ciekawa nie tylko ze względu na przedstawianą dysfunkcjonalność, a właśnie na kontekst czasów w jakich mają miejsce opisywane zdarzenia. Czy poczuję deja vu? Czy będę umiała dziś wrócić do własnych wspomnień, do historii moich znajomych uciekających i chowających się u nas w domu?
Uważam, że decydując się na oddanie głosu dziecku należy dopasować obrazowanie sytuacji oraz terminologię jaką się posługuje do jego wieku. W "Czcij ojca swego" dochodzi do absurdu, gdyż o tym w jakim wieku jest dziewczynka dowiadujemy się z treści i to nie zawsze, co dodatkowo wprowadza chaos. A słownictwo, sposób wypowiedzi, to co zaobserwowane, a nawet emocje, bliższe są dojrzalszemu człowiekowi. To co mogło stanowić o głównej wartości powieści, czyli zaprezentowanie życia w dysfunkcyjnej rodzinie w odbiorze dziecka, przeszkadza i budzi wątpliwość w autentyczność historii.
Powieść momentami skrótowo traktuje przedstawiany problem, większość trzeba sobie dopowiedzieć, wyobrazić co i jak mogło się potoczyć. Ojciec alkoholik znęca się głównie nad żoną, która z pokorą przyjmuje razy, ale czy dzieciom udaje się wyjść z tego cało, gdy były najmłodsze? Anka obrywa dopiero jako nastolatka i to wtrącając się w konflikt między ojcem a macochą? Starszy brat jest w tym nieobecny? Do tego żyjąc w codziennym stresie, wyczekiwaniu w jakim stanie wróci ojciec i co zrobi, jak rozwinie się sytuacja dostajemy obraz dzieciaków wzorcowo uczących się, nie mających problemów z zachowaniem. Oczywiście dziewczynka ma problem z moczeniem się, nie ma bliskich znajomych oprócz kuzynki, dostajemy tez wzmiankę o wykorzystywaniu przez wujka, a jednak to wszystko wygląda jakby było jednorazowe, jakby działo się coś złego od święta.
Historia jest gorzka. Życie Anki i Adama jest jak powielony obraz z mnóstwa innych rodzin alkoholowych, przemocowych, ale głównie po wierzchu, bo nadal niewiele wiemy "jak to tam było". Z zewnątrz nie ma szczególnej pomocy, bo i w PRL-u instytucje nie interesują się jeszcze w ten sposób problemami rodzinnymi, co dziś. Brakuje narzędzi, brakuje odpowiednio przygotowanych ludzi do powierzenia im delikatnych spraw ingerujących jednak w najważniejszą komórkę społeczną, jaką jest rodzina. To co dzieje się w rodzinie, nawet to najgorsze, powinno zostać za drzwiami, nie wynosimy tego do ludzi o czym mówi sama nastoletnia już bohaterka. Nadzorowany stan oświaty, nauczyciele, kuratorzy przyznawani z urzędu, nie radzą sobie z tą rzeczywistością. Trudno oczekiwać, że człowiek nie mający doświadczenia, bez obserwacji rożnych środowisk będzie nagle sprawował opiekę nad rodzinami z problemami, o których nie miał wcześniej pojęcia.
Mogło być o wiele, wiele lepiej. Do dziś pamiętam opowieść Ewy Ostrowskiej "Abonent czasowo niedostępny", gdzie narracja należy do okaleczanej psychicznie i fizycznie dziewczyny, a która ukazuje rodzinę z podobnymi problemami, jednak to fabuła mocno angażująca czytelnika. Tak zaprezentowane historie mają szanse wywrzeć wpływ na czytającego, otworzyć oczy i miejmy nadzieję - pobudzić do współodczuwania i zaangażowania się w pomoc w najbliższych kręgach. "Czcij ojca swego" nie ma tak silnego przekazu. Mimo iz niewielka objętościowo, zapisana przy pomocy krótkich rozdzialików to potrafi wymęczyć i pozostawia w wielu aspektach bez odpowiedzi. Nawet to w jakim okresie życia jest główna bohaterka zaciera się w ostatnich rozdziałach.
Przypuszczam, iż podobnie może rozgrywać się akcja w "Białej ciszy", która ponownie dotyka rodziny i rozgrywa się w latach 70-80-tych, gdzie znów narracja należy do dziecka. Za to mam nadzieje, że sięgając po "Izrael oswojony" poznam zdecydowanie inne oblicze Eli Sidi. Ufam,że jako reporterka ma więcej do powiedzenia i trzyma się rzeczywistej linii wydarzeń, bez metafor i ścieżek typu "dopowiedz sobie sam".