Mam wrażenie, że ostatnimi czasy okładka książki „Tylko przy tobie” pojawia się w każdym możliwym miejscu. Śmiem twierdzić, że gdybym wreszcie nie zdecydowała się na jej przeczytanie, zaczęłaby wyskakiwać nawet z mojej lodówki. Słyszałam o tej publikacji wiele dobrego, dlatego postanowiłam na własnej skórze przekonać się, czy pierwszy tom serii o „Braciach Bergman” naprawdę jest aż tak dobry. Czy zatem książka napisana przez Chloe Liese otrzyma ode mnie pozytywną ocenę? Już spieszę z wyjaśnieniem!
Zacznę od tego, że na rynku wydawniczym, czy to polskim, czy zagranicznym, jest bardzo mało publikacji, a już w szczególności romansów, w których jeden z głównych bohaterów jest osobą niepełnosprawną. I w tym miejscu chylę czoła przed autorką, nie tylko za to, że zdecydowała się umieścić w swojej książce właśnie takiego bohatera, ale również za to, że wykonała kawał dobrej roboty, jeżeli chodzi o research.
Bardzo podobała mi się emocjonalna strona tej książki. Już wielokrotnie podkreślałam, że cenię publikacje, które sprawiają, że emocje, o których czytam, udzielają się także mnie. I właśnie tak było w tym przypadku. Podczas czytania śmiałam się i wzruszałam, towarzysząc głównym bohaterom zarówno w tych najlepszych, jak i najgorszych chwilach ich życia.
Myślę, że na plus zasługuje również fakt, że główna bohaterka Willa, gra w piłkę nożną i jest na bardzo dobrej drodze do tego, aby zostać gwiazdą tej dyscypliny sportowej, która jak dobrze wiemy, jest zdominowana przez mężczyzn.
Właściwie książka mogłoby otrzymać ode mnie jedną z najwyższych ocen, gdyby nie kilka elementów, które sprawiały, że na moje usta cisnęły się bardzo niecenzuralne słowa. Po pierwsze nie przypadły mi do gustu ciągle powtarzające się zwroty, którymi główni bohaterowie zwracali się do siebie nawzajem, takie jak, chociażby "drwal". O ile z początku zupełnie mi to nie przeszkadzało, tak po 150 razie modliłam się, aby ktoś zakończył te katusze. Po drugie czasami miałam wrażenie, że główni bohaterowie nie są dorosłymi ludźmi, a małymi dziećmi, albo nastolatkami, w których buzują hormony, bo kto normalny określa swoje (lub czyjeś) narządy płciowe mianem „cipcia”, „konar”, czy „drąg”. Przyznam, że dawno nic mnie tak nie zażenowało, jak używanie podobnych zwrotów.
Niemniej jednak nawet pomimo tych kilku koszmarków, uważam, że książka jest warta przeczytania i z pewnością sięgnę po kontynuację, aby poznać historię kolejnego z „Braci Bergman”.