"Morderstwo w kaplicy" to już piąty tom jednej z moich ulubionych brytyjskich serii.
Flora i Jack chcą wybrać się do kina. Kiedy Flora zamyka księgarnię, rozlega się pojedynczy dźwięk kościelnego dzwonu. Razem z Jackiem postawiają najpierw zajrzeć do kaplicy. Tam znajdują ciało nowego wikarego. W jego dłoni znajdują kartkę z krótką wiadomością.
Z kina nic nie wyszło, za to pojawiła się nowa sprawa do rozwiązania dla dwójki detektywów amatorów. W kaplicy pojawiło się kilku innym mieszkańców Abbeymead. Czy któreś z nich dokonało morderstwa? Oczywiście pierwszym podejrzanym staje się nowy mieszkaniec miasteczka.
Sprawa szybko się komplikuje. Nie każdy jest tym, za kogo się podaje, a śledztwo prowadzi aż do Londynu. Czy Flora i Jack nie ściągną ponownie kłopotów na siebie? Kim okaże się morderca?
Czy seria kryminalna może być urocza? Tę serię właśnie tak bym określiła. Ma ona coś w sobie. Może to urok małego angielskiego miasteczka, a może czas akcji, czyli czasy powojenne ubiegłego wieku. Urocza jest też relacja Flory i Jacka. W tym tomie coraz bardziej się do siebie zbliżają. Dzieje się to jednak powoli. Żadne z nich się nie śpieszy.
Wszystko to sprawia, że uwielbiam ten cykl. Oczywiście dodajmy to tego jeszcze zagadkę kryminalną, od której trudno się oderwać. Nie ma tu krwi i brutalnych opisów. Za to są kolejne tropy, podejrzani, a w kolejnych sekretach i tajemnicach można się pogubić. Nie jest łatwo wśród tego wszystkiego prawidłowo wytypować mordercę. Flora i Jack tym razem też mają z tym spory problem.
Lekki styl Merryn Allingham sprawia, że przez książkę się płynie. Czytelnik przepada w stworzonym przez nią świecie. Ja już czekam na kolejny tom.
Na uwagę zasługują okładki tego cyklu. Każda jest w innym kolorze, ale wszystkie pasują do siebie. A okładka "Morderstwa w kaplicy" jest po prostu piękna. Jaki będzie kolejny kolor?