Cytaty Igor Brejdygant

Dodaj cytat
Do śledzenia ofiary miał kilka kupionych za grosze starych samochodowych strucli. Jeśli uznawał, że jakimś jeździ za nią już za długo, to po prostu przesiadał się do innego, a tamten odstawiał na jakiś czas albo sprzedawał z niewielką stratą.
Taki świat. Powoli stawało się tak, że człowiek, który nie potrafił iść przed siebie po trupach, właściwie nie kwalifikował się do istnienia.
A kim właściwie stał się teraz? Czy dałoby się jakoś nazwać jego obecną aktywność? Co robił? Osaczał dziewczynę, żeby w efekcie... I jak do tego doszło?
Tak, Marek był w życiu zdecydowanie zbyt ostrożny, od zawsze wszędzie i we wszystkim widział potencjalne zagrożenia. Był człowiekiem, który spacerując w bezwietrzny dzień, obliczał trajektorię łamania się drzew stojących przy trasie jego przejścia, przyglądał się dachom i balkonom nad głową.
Smykałkę do technikaliów miał od zawsze, umiejętność pozostawania niewidocznym dla innych wykształcił u siebie przez lata w stopniu tak zaawansowanym, że kosztowało go to zmarnowanie poprzedniej edycji własnego życia, utratę żony, szacunku dla siebie i tych wszystkich innych rzeczy, które dają ludziom paliwo do istnienia.
Marek, choć uwielbiał słuchać głosu Karoliny, był już lekko znużony rozmową. Zresztą mikropluskwy podsłuchowe miał zainstalowane nie tylko w szwie torebki, ale w ogóle w większości szwów jej życia, więc mógł i co więcej słuchał jej na co dzień, i to w ciekawszych sytuacjach. Podsłuchy były wszędzie - w domu, w pracy, nawet w samochodzie.
Pracował od lat, a właściwie odkąd sięgał pamięcią, w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, gdzie jako pracownik jednego z departamentów zajmował się przydziałami środków dla muzeów w całym kraju.
To nie miało początku, w każdym razie on nie umiał go zlokalizować, więc bez sensu byłoby nawet zastanawiać się nad tym, od czego się zaczęło. Przecież przez prawie pięćdziesiąt lat swojego życia nigdy nie posunął się do czegoś takiego.
. "Niefortunne zdarzenia". Marek uśmiechnął się do swoich myśli. Tak, było tego trochę. Ale to wszystko już nieważne. Ważne było to, że znajdował się tu i teraz, że słuchał tych dwóch dziewczyn, z których jedną już niedługo zamierzał zabić... I ta perspektywa bardzo go cieszyła.
Kiedy kelner poszedł, panie przyglądały się chwilę sobie, tak jakby nie widziały się od dawna i teraz chciały chociaż z grubsza ocenić efekty działania czasu.
Dzwony biły jakiś czas.
Mijała właśnie dwunasta w południe, czyli jedna z tych godzin, które dzwony anonsują najdłużej.
Łzy płynęły niemo na poduszkę, a było ich tyle, iż w pewnym momencie przyszła jej do głowy niedorzeczna myśl, że zaraz przesiąkną przez pościel i materac, spłyną do sąsiadów i w ten sposób wyjdzie na jaw jej wielka tajemnica, która wyjść na jaw nie mogła.
Dominika próbowała zasnąć. Tylko jak tu zasnąć, kiedy właśnie straciło się miłość życia? Miłość, o której oprócz nich dwóch i tamtych drani - choć oni nie znali raczej pojęcia miłości, a jeśli już, to kojarzyła im się wyłącznie ze spółkowaniem - nie wiedział nikt.
Może i Ania nie wiedziała wiele w sensie faktograficznym, ale w emocjonalnym czuła prawdopodobnie niemało. W końcu była jej córką.
Mimo tego, że na dworze było ciepło, a grzejniki i tak działały i w domu temperatura grubo przekraczała dwadzieścia stopni, Dominika trzęsła się, a jej usta były sine, jakby właśnie wyciągnęli ją z przerębla.
Bulgot gorącej wody lejącej się z kranu w toń między jej udami niestety nie zagłuszył natrętnych myśli. Próbowała ułożyć wydarzenia na osi czasu.
Obecnie wyglądało na to, że bardzo wiele będzie trzeba ujawnić. To jednak nie zaprzątało jej w tym momencie nadmiernie. W jej głowie wciąż powracał jeden obraz. Twarz nieżyjącej kochanki.
Przedmioty to jedno, ale dotyk ciała to coś zgoła innego. To znaczy nie zawsze, ale tym razem zdecydowanie. Może w tym dotyku, jak w tamtej chwili, też od razu poczuła wszystko to, co miało nastąpić później. Wszystko oprócz tego, co zdarzyło się dziś...
Dotyk to zupełnie osobna gałąź empirii. Ten zmysł, instrument poznawania rzeczywistości od zawsze interesował ją szczególnie.
Tak naprawdę, odkąd sięgała pamięcią, była raczej nieśmiała. W ostatnich latach radziła sobie jednak z tą przykrą przypadłością całkiem nieźle.
Nagie ciało ukochanej kobiety leżało twarzą do podłogi, a spod niego rozlewała się kałuża gęstej ciemnoczerwonej cieczy.
Dźwięk metalu uderzającego o politurę mebla rozbił panującą tu dziwną ciszę i wprowadził lekki niepokój.
Swoją drogą, czy wychowanie nie zostało wymyślone przypadkiem głównie po to, by innym, ale także sobie, oszczędzić nieprzyjemnych sytuacji?
Na pewno dobrze ten moment zapamięta, więcej - nie zapomni go nigdy., choćby dlatego, ze ów finał wywoła najprawdopodobniej efekt domina, który przewróci wiele innych klocków w jej życiu.
Wójcik był wypieszczonym jedynakiem z dobrego domu, w którym jego szacowny ojciec propagował miękki terror zasad. Były to zasady ze wszech miar słuszne, dotyczyły spraw zdrowia, żywienia, sportu, miłości, związków i wszystkiego tego, co nazywało się życiem.
Może Kolowski też był lumpem, zanim został milionerem, tak jak ja byłam lumpem, zanim zostałam policjantką.
Teren był zadbany i choć wszędzie wkoło porastała go roślinność, to ktoś rozsadził ją w na tyle przemyślany sposób, że jednocześnie oko miało wrażenie obcowania z wolną przestrzenią.
Dom wyglądał jak pałac, a właściwie nie tyle wyglądał, co po prostu był pałacem.
Monika rzeczywiście miała sporo formalnie niepokończonych spraw, ale nie znosiła kończyć spraw formalnie. W jej odczuciu całą tą papierologią mogły się już zajmować jakieś maszyny albo policjanci, którzy nie lubili wychodzić na dwór. Takich też tu mieli niemało.
- Oni tak mówią, bo są chamami, ale damie nie przystoi.
- Bo chamom przeszkadza?
© 2007 - 2025 nakanapie.pl