Po książkę „Odludzie” chwyciłam bez chwili większego zastanowienia, sugerując się nazwiskiem autorki. Dorota Glica należy do grona tych pisarek, po które sięgam z dużą przyjemnością. Muszę przyznać, że w ogóle nie zapoznawałam się z opisem z tyłu okładki, co dość często mi się zdarza jeśli znam i cenię autora. Dlatego treść okazała się dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się postapokaliptycznych wizji, budzących strach i grozę z racji dużego prawdopodobieństwa ich spełnienia.
Sara jest psychologiem dziecięcym, która nie może pogodzić się ze starą męża i córki. Gdy w święta Bożego Narodzenia otrzymuje telefon od przełożonego w sprawie znalezionej w lesie nastolatki, która przestała mówić w wyniku przeżytej traumy, bez chwili zastanowienia powstania jej pomóc.
Okazuje się, że dziewczyna od czwartego roku życia wychowywała się w lesie w rodzinie Adama i Niny, którzy żyli w odosobnieniu z obawy przed pożerającym świat wirusem.
Jakie znaczenie dla tej historii ma postać chłopca z domu dziecka?
Akcja jest wielotorowa i obejmuje różne ramy czasowe, ale mniej więcej możemy domyślać się okresu, w który się rozgrywa. Wszystkie poruszone przez autorkę wątki budzą ciekawość i chęć podążania za opowiadaną przez nią historią. Niespodziewane plot twisty, dziwne zbiegi okoliczności tworzą pełną niepewności i napięcia atmosferę. Jednak bohaterom brak głębi, przez co ich losy nie są aż tak angażujące. Ciekawy thriller psychologiczny, który zaliczyłabym do tych lżejszych i mniej wymagających, ale mi taka rozrywka odpowiada.