„Nazywam się Matylda Górna i jestem martwa. Tak napisano na grobie, na który właśnie patrzę.”
Tym razem przychodze do was nie z recenzją kryminału czy romantasy, ale z książką historyczno-obyczajową.
„Matilde” jest pierwszym tomem cyklu #Niemra. Akcja dzieje się w moim kochanym Wrocławiu, a raczej w Breslau w latach 1938-1945. Uwielbiam książki w tym klimacie.
Główną bohaterkę, Matilde Berg, poznajemy jako nastolatkę z dobrego, zamożnego domu, która zakochuje się w Hansim, synu właściciela cukierni. Opócz pierwszej miłości łączy ich coś dużo większego. Idea. Idea wspaniałych, silnych Niemiec. Oboje są bardzo zaangażowani w działalność na rzecz swojego kraju i oboje są zdeterminowani stworzyć modelową aryjską rodzinę, wbrew rodzinie Matilde.
Pierwszy raz spotykam się z książką, która pokazuje czas II wojny od strony Niemców. Mimo, że stoją oni po zwycienskiej stronie, wcale nie oznacza to braku dramatów w ich życiu. Możemy zrozumieć, że ówczesna administracja podobnie traktowała wrogów systemu. I tak samo jak Żyd czy Polak, tak i Niemiec mógł trafić do obozu koncentracyjnego i tam zginąć. Oczywiście „łatwość” trafienia tam znacznie się różniła.
Książka, przynajmniej mi, pozwoliła przypomnieć sobie, że okupant niemiecki to nie było 100% ludności niemieckiej. Że pośród znaczącej liczby osób wierzących w Hitlera, byli też tacy, którzy się z nią niezgadzali. I albo płynęli z prądem, albo się jej sprzeciwiali i ponosili konsekwencje. Najlepszym przykładem jest los Hansiego. Mimo ogromnej wiary w wielką Rzeszę i zaagażowania, nie odniósł sukcesu.
Porażające jest również to jak wiele analogi widać do tego co dzieje się teraz obok nas i w świecie. Mnie to przeraża. Bo przecież historia kołem się toczy.
Książka jest genialna. Świetny pomysł i świetna realizacja. Duża dawka wiedzy historycznej, którą ja jeszcze dodatkowo momentami pogłębiałam.
Czekam niecierpliwie na dalszy ciąg.