Cytaty Todd Ritter "Riley Sager"

Dodaj cytat
Dom zamieszkany to dom szczęśliwy
Każdy dom ma jakąś historię.
Nasz – historię o duchach.
To jest od teraz moje życie.
Tutaj.
Na najwyższym piętrze Bartholomew.
Ja pierdzielę.
Jeszcze dziwniejsze jest to, że mi za to płacą.
Jestem bystra. Pracowita. Przyzwoita. W każdym razie staram się taka być. A jednak wystarczyły dwa ciosy, żeby rozłożyć mnie na łopatki - utrata pracy i odkrycie, że Andrew jest zwykłym śmieciem.
Niektóre rzeczy są zbyt straszne, by je pamiętać.
Znowu chwytam za wiosło i zaczynam wiosłować, aby podpłynąć do ciała. To kobieta, teraz to widzę. Ma długie włosy. Jednoczęściowy kostium kąpielowy odsłania opalone plecy, długie nogi, jędrne ramiona. Unosi się na wodzie jak kawałek drewna, kołysząc się na falach wywołanych przez motorówkę.
Obserwuję jezioro, nieobecna duchem - jak to bywa, kiedy widziało się coś tysiąc razy. Patrzysz, ale jakby jednym okiem. Widzisz wszystko, lecz niczego nie rejestrujesz.
Może to sprawka burbona.
Właśnie sączę trzeciego.
Albo czwartego.
Liczenie drinków - kolejna rzecz, którą robię, gdy odpływam myślami.
Jezioro Greene jest mroczne, nawet kiedy światło wdziera się w jego toń.
Jak trumna z popękanym wiekiem.
To jezioro jest mroczniejsze niż zamknięta trumna.
Patrzę na ten budynek po raz pierwszy od pół roku. Jego ponowny widok przyprawia mnie o dreszcz przerażenia, który przeszywa mnie do szpiku kości, choć mocniej otulam się kurtką.
Złe wieści są lepsze niż ich brak.
Obraz węża pożerającego samego siebie symbolizuje odrodzenie i cykliczną naturę wszechświata. Stworzenie wyrasta ze zniszczenia. Życie wyrasta ze śmierci.
Dobre uczynki czynią ten paskudny świat troszeczkę lepszym.
Zabij czas, zanim on zabije ciebie.
."Nigdy nie bierz niczego, czego nie zarobiłaś - mawiał mój ojciec. - Zawsze w końcu będziesz musiała za to zapłacić, tak czy inaczej".
Nie mam zbyt wielkich nadziei na odpowiedź. Ostatnio odkryłam, że najlepiej nie spodziewać się za wiele. Ojciec miał takie samo podejście. "Miej nadzieję na najlepsze, przygotuj się na najgorsze", zwykł mawiać.
Powinnaś zadać sobie pytanie, dlaczego są tacy skryci. Bo z mojego doświadczenia wynika, że jeśli coś wydaje się zbyt piękne, aby było prawdziwe, to dlatego, że tak właśnie jest.
Nie każdy dostaje w życiu drugą szansę. Mój ojciec na pewno jej nie dostał. Ani moja matka.
Ale mnie właśnie trafiła się taka okazja.
Życie podsuwa mi guzik resetu wielkości budynku.
Zamierzam wcisnąć go z całej siły.
Jednak główną przyczyna sławy tego budynku są jego gargulce. W klasycznym stylu, ze skrzydłami nietoperza i diabelskimi rogami.
- To nie jest całkiem normalne zachowanie.
- To nie była całkiem normalna sytuacja.
- Chyba bardzo się pani dokądś spieszyła.
- Nie - wyjaśniam. - Ja stamtąd uciekłam.
Życie jest cięż­kie, nie ma sensu temu za­prze­czać. Świat czę­sto bywa bru­tal­ny i okrut­ny, a z upły­wem czasu wy­da­je się sta­wać coraz trud­niej­szy. Pre­sja i nie­bez­pie­czeń­stwa, z któ­ry­mi muszą się mie­rzyć dzi­siej­sze dzie­ci, są o wiele gor­sze niż wtedy, gdy ja byłem mały.
– Praca matki nigdy się nie koń­czy – mówi Trish. Po­zo­sta­łe ko­bie­ty jej przy­ta­ku­ją.
Nie mogę prze­stać my­śleć o na­szym dzie­dzic­twie. O tym, co po nas zo­sta­nie, gdy odej­dzie­my. Na ten mo­ment: nic. Ale gdy­by­śmy mieli ro­dzi­nę… Głos Clau­dii umilkł, co zmu­si­ło mnie do wy­peł­nie­nia po­wsta­łej ciszy. – Je­ste­śmy ro­dzi­ną. Ty i ja. – Nie, Ethan – za­pro­te­sto­wa­ła. – Je­ste­śmy tylko parą.
Kie­dyś, gdy od­wie­dzi­łem ich krót­ko po na­ro­dzi­nach Ben­jie­go, za­py­ta­łem Russa, dla­cze­go wcale nie wy­da­je się zde­ner­wo­wa­ny, choć prze­cież zo­stał ojcem.
– O, de­ner­wu­ję się jak dia­bli – od­po­wie­dział. – Po pro­stu zo­sta­łem mi­strzem uda­wa­nia, że tak nie jest.
Chłop­cy, któ­rzy od­sta­ją od resz­ty, nie mają lekko.
W sy­pial­ni po­now­nie się­gam po dłu­go­pis i notes – je­dy­ne le­kar­stwo na bez­sen­ność, które fak­tycz­nie dzia­ła. Dwie te­ra­pie temu po­wie­dzia­no mi, że jeśli coś kłębi się w mojej gło­wie, nie dając za­snąć, to naj­le­piej te myśli za­pi­sać. Tym samym po­zwa­lam mó­zgo­wi odło­żyć my­śle­nie o tym na póź­niej, jak­bym wci­skał men­tal­ny przy­cisk drzem­ki. Ten spo­sób nie za­wsze dzia­ła, ale lep­sze to niż nic.
– Za­le­tą wiel­kich im­prez jest to – po­wie­dzia­ła ni stąd, ni zowąd – że już sam ich roz­miar za­pew­nia dobry ka­mu­flaż takim in­tro­wer­ty­kom jak my.
Sen jest tylko manifestacją poczucia winy i żalu. Nie jest prawdziwy. Nie może mnie zranić.
Człowiek może znieść ograniczoną dawkę stresu, lęku i kom­plet­ne­go roz­je­ba­nia, zanim w końcu ze­świ­ru­je.
Do­brze, że jest wspa­nia­ły je­sien­ny po­ra­nek, pełen słoń­ca i osza­ła­mia­ją­co barw­nych liści. W po­wie­trzu czuć chłód, cał­kiem przy­jem­ny. Rześ­ki ak­cent rów­no­wa­żą­cy zło­ci­ste świa­tło. Len miał spe­cjal­ną nazwę na taki dzień: ver­monc­ki ideał. Kiedy zie­mia, woda i niebo zma­wia­ją się, żeby za­przeć ci dech w pier­siach.
© 2007 - 2025 nakanapie.pl