Książka "Ołtarz i siekiera" Aleksandra Gurgula to bardzo intrygujący reportaż, który zapiera nawet dech w piersiach.
Do lektury tej książki przyciągnął mnie nie tylko tytuł, ale też okładka (w końcu jestem sroką okładkową...). Autor bardzo rzetelnie zbierał materiały do tej książki, jego dziennikarskie śledztwo przyniosło wiele znanych i mniej znanych a także tych ukrywanych informacji dotyczących naszych lasów. Czytając książkę, czasem aż trudno uwierzyć w te wszystkie wieści.
Ponad jedna czwarta powierzchni naszego kraju zarządzana jest przez Lasy Państwowe, wydaje się więc, że mamy sporo terenów zalesionych. Pewnie i tak, lecz zawsze są dwie strony medalu. Od wielu lat mieszkam na Mazurach, wokół lasów nie brakuje, chociaż ostatnimi czasy zauważyłam ich masową wycinkę. Nie wiem, czy to zgodnie z planem czy też nie, ale będąc na grzybach można zauważyć wielkie puste połacie i usłyszeć rżnięcie drzew...
Zastanawiałam się nawet czasem, dlaczego w moim województwie nie ma nie ma ani jednego parku narodowego, chociaż już kilkanaście lat temu Mazury w 2009 roku weszły do finału światowego internetowego plebiscytu na siedem cudów natury..
"Leśnicy przekonują nas od lat, że lasów w Polsce nie tylko przybywa, lecz są one także coraz zasobniejsze w drewno. Ale tną też coraz więcej."
"Pod topór poszły buki i sosny, pilarze zostawili tylko niewielkie siewki. Większość drewna wywieźli z lasu."
Dziwną sprawą jest też wycinanie starych, ale nadal zdrowych drzew w rezerwatach. Wszyscy słyszeli o Puszczy Białowieskiej czy wycięcie drzew na Podkarpaciu. Jednak masowo wycina się także nawet stuletnie aleje przydrożne, które od lat zacieniają jezdnię. Lecz podobno to właśnie one są przyczyną wypadków drogowych, tak jakby to drzewa były winne zbyt szybkiej jeździe samochodem.
Pieniądze z wycinek są ogromne, dlatego też płynęły szerokim strumieniem nie na ochronę przyrody, lecz do organizacji prawicowych i kościelnych. Wszystkie uroczystości partyjne (i kościelne) zasilane były z funduszu Lasów Państwowych, a przecież las to nasze wspólne dobro, nie tylko tej trójcy: leśnicy, politycy i księża. Pieniądze Lasów Państwowych należą do wszystkich Polaków i dlatego powinny być rozdysponowane nie przez samych leśników, ale przez kogoś z zewnątrz, jakieś ministerstwo.
Wysokie zarobki leśników pełniących wyższe funkcje (dyrektorów regionalnych czy nadleśniczych) są powodem tego, że nazywa się ich "leśnymi baronami".
Pieniądze Lasów Państwowych należą do nas wszystkich, nie powinni więc nimi dysponować sami leśnicy, tylko zewnętrzna instytucja, na przykład minister klimatu i środowiska.
Wysokie zarobki leśników (zwłaszcza dyrektorów regionalnych i nadleśniczych) są jednym z powodów, dla których przedstawiciele organizacji pozarządowych i ruchów leśnych nazywają ich nawet "leśnymi baronami". A zatrudnianie członków rodzin jest tak naprawdę norma w tej firmie. Leśnicy nie widzą w tym jednak nic dziwnego, mówią o leśnych rodach i o tym, że ten zawód przechodzi z pokolenia na pokolenie.
Jeśli ktoś nie wiedział o takich układach łączących władzę, pieniądze i ideologię, mających udział w Lasach, to po lekturze tej książki z pewnością zmieni swoje nastawienie.
Obecnie Lasy są bardziej komercyjną firmą niż państwową służbą. Pamiętam jeszcze czasy, że było w mojej okolicy sporo prywatnych lasów. Obecnie to niemal unikat.
"- Dlaczego prywatne lasy w Polsce są takim marginesem?
- Bo Lasy Państwowe mają status hegemona na rynku."
Ten reportaż autor tak skomponował, że czyta się go szybko i w napięciu, tak jak sensacyjną książkę. A tak właściwie to przecież jest sensacja...
Ja po lekturze zastanawiam się, czy po zmianie władzy, cokolwiek zmieni się w Lasach Państwowych? Czy zmieni się system? Trudno powiedzieć, na pewno nie stanie się to zbyt prędko. Poczekamy, zobaczymy...
Polecam, warto poznać tę książkę.
Dziękuję BONITO i serwisowi Dobre Chwile za możliwość poznania tej książki.