„Ruszaj żyć, Siostrzyczko. I ja też to zrobię. Ruszaj bez wahania za tym, czego dla siebie pragniesz, nie wątp w siebie. Niech nikt, żadna siła cię w tym nie powstrzyma. Za tę wolność nasi rodzice oddali swoje ciała na ścieżkach pośród gór”.
Debiutancka powieść Tybetanki Tsering Yangzom Lama jest sagą o ludzie, który z początkiem lat 60-tych ubiegłego wieku został zmuszony do ucieczki przed chińską okupacją. Na plan pierwszy wysuwają się siostry Tenkji, Lhamo i jej córka Dolma oraz kochanek Lhamo, Samphel. To z ich perspektywy poznajemy trudną drogę z Tybetu do Nepalu, gdzie docierają do pierwszego obozu dla uchodźców. Warunki w nim panujące. Codzienne życie i trudy związane chociażby z dostarczeniem ciała zmarłego jego rodzinie, która mieszka w zupełnie innym miejscu.
„Własnymi ciałami...” to również opowieść o duchowości, wierze i religii, która wspiera osadników i emigrantów.
Książka opowiada także o odnajdywaniu własnej tożsamości i próbie zrozumienia przez młodsze pokolenie tego starszego a wszystkim tym wydarzeniom „przygląda się” Bezimienny Święty, który pojawia się w beznadziejnych momentach aby swoją obecnością wspierać wierzące w niego osoby.
Powieść spokojna, w moim odczuciu idealna na chłodny dzień aby „zakopać się” wraz z nią na kanapie pod kocem. Powieść na miarę naszych czasów aby na chwilę przystanąć i zastanowić się jak niewiele przez trzy ćwierćwiecza zmienił się świat. Zmienili się jedynie rządzący. Powieść, która wskazuje ścieżkę do wiary bo niestety zatracamy się w różnych bożkach, którzy z wiarą nie mają nic wspólnego.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu bo.wiem.