"To jak najbardziej możliwe, żeby jedna piosenka zniszczyła komuś życie. Tak, muzyczna apokalipsa może spaść na samotną ludzką postać i rozgnieść ją jak owada. Piosenka, ta piosenka, została skądś przysłana, żeby cię odnaleźć i odrzeć całe twoje istnienie ze strupów. Ta piosenka była twoim gównianym osobistym losem, jednoznacznym jak dudnienie popu ulatujące z wszechobecnych radioodtwarzaczy. Piosenka ta była co najmniej ścieżką dźwiękową twojej destrukcji, jej muzycznym tłem. Twoje dni zredukowane do tego kolażu rytmu wybijanego na krowich dzwonkach, bezlitosnej podwójnej linii basu i ordynarnego wokalu, swego rodzaju wyśpiewanego szyderstwa otoczonego jękami rozkoszy. Zająkliwe trąbienie czego - tuby? Waltorni? Gitara rytmiczna i trąbka, śmiesznie piskliwa. Wokalista mógłby równie dobrze przyłożyć ci pistolet do głowy. Jak można było na to pozwolić, jak można było puścić to przez radio? Ta piosenka powinna być zakazana. Nie była rasistowska - nigdy nie dojdziesz z tym do ładu, więc nawet nie zaczynaj - tylko wymierzona bezpośrednio w ciebie..."