Tylko jedna książka rozczarowała mnie w grudniu. Chodzi mi o “Falę” Marii Krasowskiej. Uwielbiam w powieściach temat apokalipsy, końca świata i podobnych klimatów. Dlatego nie zastanawiałam się długo i zdecydowałam się wziąć tę nowość do recenzji. Ale czy to na pewno była dobra decyzja?
To był normalny, słoneczny dzień na Bali. Sydney i Paris jak co dzień postanowiły powalczyć z falami. Jednak w jednej chwili ta sielanka zmieniła się w koszmar. Nadeszło tsunami, a wraz z nim walka o przetrwanie. Przypadkowo na plaży znajdował się również Elvis, który wbrew swojej woli pomógł dziewczynom się uratować. To jednak początek końca. Świat ulega zagładzie, a nasi bohaterowie muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Początek mnie ogromnie zaintrygował. Apokalipsa nadchodzi! Cała ziemia jest zagrożona. Szkoda, że autorka nie przybliżyła nam bardziej przyczyn takiej sytuacji. W momencie gdy cały świat przewraca się do góry nogami nasi bohaterowie muszą nauczyć się ze sobą współpracować, a nie jest to łatwe zwłaszcza, że to nastolatki. I tutaj zaczęły się schody. Autorka bardzo dużo treści poświęciła relacjom, ale według mnie nie wyszło to jej za dobrze. Bohaterowie mnie strasznie irytowali. Często ich postępowanie było nielogiczne i absurdalne. Konflikty które nie pasowały do sytuacji, były po prostu bezsensowne. Niby akcja szła do przodu, ale wydało mi się to wszystko raczej płytkie i potraktowane po macoszemu. Czuć, że autorka zainteresowała się windsurfingiem, bo próbowała nam przybliżyć trochę ten temat w książce. Zakończenie nie pozostawia wątpliwości, że będzie kolejna część, ale ja chyba sobie ją podaruję. Zmęczyła mnie ta książka i to na tyle, że to przewyższa moją ciekawość co zdarzy się dalej. Szkoda.