Zaczęłam się zastanawiać z czym kojarzy mi się Arabia Saudyjska. Oprócz ropy przyszły mi na myśl upały i ogromne obszary pustynne. Nuda, panie..., cytując klasyka. No chyba, że ktoś lubi ciepłe drinki i zgrzytający między zębami piasek. Drinki rzecz jasna bezalkoholowe, gdyby ktoś się chciał za bardzo rozpędzić.
Takie rozważania nie pojawiły się w mojej głowie bez przyczyny, bo w ręce wpadła mi książka, której akcja rozgrywa się w tym bliskowschodnim kraju. Mowa o "Agencie z Rijadu", czyli najnowszym dziele Roberta Michniewicza. Autor spędził w Arabii kilka lat, więc doskonale zna zwyczaje w niej panujące. Postanowił swoją wiedzą podzielić się z czytelnikami, co jak uważam było doskonałym posunięciem. Bo wkraczając w świat dyplomatów i szpiegów, książąt i terrorystów nie możemy być pewni co jest fikcją literacką a co nawiązaniem do rzeczywistych wydarzeń. Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najlepsze i najbardziej nieoczekiwane scenariusze, więc tym większą mam zagwozdkę.
Już w pierwszej scenie poznajemy Aleksandra Niwińskiego - radcę a zarazem oficera polskiego wywiadu. I jeżeli teraz oczyma wyobraźni zobaczyliście kogoś w typie Agenta 007, muszę Was rozczarować. To nie typ, który popija martini i ma do dyspozycji mnóstwo gadżetów z wypasioną bryką na czele. Bronią Aleksandra jest spostrzegawczość, spryt oraz inteligencja. Dzięki tym walorom jest w stanie szybko łączyć fakty i opracowywać takie plany, że głowa mała. A na nudę nasz bohater narzekać nie może. Bo w tej sennej, jakby się mogło wydawać Arabii ciągle coś się dzieje. Jak nie zamachy czy wybuchy to podejrzane transakcje, które mają na celu zachwianie cenami ropy na światowym rynku. Są pościgi, strzelaniny, porwania... Jest nawet telewizja i nieoczywisty wątek miłosny. I to wszystko na niespełna pięciuset stronach. Czyta się fantastycznie, choć od pewnego momentu ciężko się oderwać. A jak ktoś czyta w trakcie jazdy autobusem na przykład? Przejedzie przystanek jak nic. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.