To cos, czego przez litość nie nazwę romansem, niestety nie nadaje się do niczego (nawet tarcia ani podtarcia) Dwie gwiazdki dostaje jedynie za to, że napisała to autorka, którą zwyczajnie lubię, za ładne, romansowe powieści okołohistoryczne.
i TYLKO za to.
Skrót czegoś, co z braku innego słowa jestem zmuszona nazwać fabułą.
Ktoś ginie. Wezwana na miejsce specjalistka od roślin (tak... kobieta!) domysla się czym ukatrupiono goscia, nad ktorego zwlokami łka młoda żona. Oraz ci, którzy czekają na spadek (pokażny, dodajmy. Choc wlasciwie nie musimy tego dodawac.)
do tej pory jeszcze było "spoko" - Quick tak wlasnie rozpaczliwie, bezdennie głupio zaczyna większość swoich romansikow. No ale...
Wspomniana kobieta odkrywa trutkę (nie na szczury). Otóż delikwenta otruto za pomocą paprotki zaiwanionej z mieszkania kobiety detektywki od roslin.... Paprotka rzeczona była... nie, sorry, juz się pogubiłam, a to dopiero 10 strona....
Do tego dochodzi jakis nawiedzony detektyw, który prowadzac swoje własne dochodzenie, rzuca się miłośnie na wspomnianą panią od paprotki. A ona - zamiast dać mu w ryj, mięknie w jego ramionach. Zaraz potem on przypomina sobiie o zleceniu i odchodzi, a ona zostaje "rozmiękczona". Kilkanaście stron dalej pojawia się jakieś bractwo, jakieś tajemne stowarzyszenie i równie tajemna ofiara, która zamiast zachowywać się jak poprawna ofiarą, próbuje zabić detektywa. To było mniej więcej w 1/5 tejże rozpaczy brazylijskiej... Pirzgnęłam na odleglość, choć dopuszczam myśl, iż niesłusznie. Czyli że trzeba było pirzgnąć wcześniej.