Pierwszą refleksją, jaka mnie nawiedziła przy czytaniu tej książki, było to, że wszyscy jej bohaterowie obsadzili się w jakichś dziwnych rolach, zupełnie nieadekwatnych do ich sytuacji życiowych. Odniosłam wrażenie, jakby nikt z nich nie był na swoim miejscu. Tak jakby w teatrze ktoś rozdał aktorom zupełnie nie ich role.
Psychoterapeuta, który nie leczy, tylko sam wykazuje wszelkie wstrętne cechy psychopaty. Babcia, która uparła się robić za mamę małej dziewczynki, łącznie z chęcią by mała mówiła do niej "mamo" nie babciu. Dziewczynka, która zamiast być dzieckiem stała się egoistycznym bachorem, decydującym za ojca z kim się ma spotykać i kiedy i kontrolującym każdy jego krok.
Tenże ojciec, który zamiast być ojcem, stał się bezwolną kukłą, któremu żadna kobieta nie pasuje, ale jest to wina tej potencjalnej kobiety, broń boże nie jego. No i w końcu Mathilda, ta to już w ogóle sama nie wie, kim jest i kim chce być. Ja wprost nie mogę czytać o takich kobietach, bo mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera.
Pierwotnym i naturalnym odruchem człowieka, kiedy jest zagrożony, jest, walcz, albo uciekaj. A Mathilde mówi "Nie chcę być sama" serio??? To lepszy psychopata, który poniża, gwałci itd. niż ewentualne bycie samej?. No nie, wydaje mi się, że autorka tutaj mocno przesadziła z tymi wszystkimi "nieszczęściami" a dziadek z Auschwitz, zupełnie traci tutaj pole do popisu i staje się tylko tłem i to marnym tłem. W tym niezbyt wysokich lotów romansidle, w które zmienia się ta książka, zwłaszcza od czasu przyjazdu Mathilde do Oświęcimia.
Dlatego też zupełnie nie rozumiem, po co i dla kogo autorka opisuje jego dalsze losy, po ucieczce z obozu, gdzie był strażnikiem. Zupełnie nijak się to ma do wcześniejszych romansowych rewelacji, ani żadnych innych. To pierwsza książka tej autorki, jaką przeczytałam i pewnie kiedyś spróbuję jeszcze jakiejś i mam nadzieję, że będzie lepsza niż "Trzecia terapia".