Jakimś niecnym trafem czytam drugi z kolei thriller psychologiczny dla czytelników młodszej generacji. Maureen Johnson, która zasłynęła z serii „Truly Devious”, tym razem powraca ze swoją nową trzymającą w napięciu powieścią „Śmierć w Morning House”.
Nastoletnia Marlowe spędza lato oprowadzając wycieczki po owianej złą sławą wyspiarskiej rezydencji Morning House.
Uwielbiam powieści o starych domiszczach, których mury wchłonęły zbyt wiele tragicznych wydarzeń, a śmierć dwójki dzieci z pewnością się do takowych zalicza. Rezydencja położona jest na prywatnej wyspie, co potęguje poczucie klaustrofobii i uwięzienia. Akcja rozgrywa się na przemian w dwóch planach czasowych – latem 1932 roku, kiedy doszło do tragedii, i współcześnie.
Od razu porwał mnie styl i język Johnson, i ani przez moment nie miałam wrażenia, że nie jest to powieść dla mnie, wprost przeciwnie — dałam wciągnąć się w opowiadaną historię, która była niesamowicie fascynująca. Od początku miałam świadomość, co wydarzy się na wyspie (dowiedziałam się tego już na początku książki), dlatego z napięciem odkrywałam, dlaczego do owych wydarzeń doszło. Oczywiście wciąż intrygująca i tajemnicza pozostawała dla mnie warstwa współczesna — tutaj zupełnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Ogólnie rzecz ujmując — warto jak diabli!