Lubię książki inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Mają w sobie potencjał do tego, by porwać, wciągnąć i zostawić w emocjonalnym chaosie. Niestety, "Poza kręgiem" Jacka Piekiełko ten potencjał gdzieś uleciał, oferując w zamian suchą wyliczankę przestępstw, które zamiast wciągać – nużą.
Historia Tomka, młodego złodzieja z Gliwic, mogła być pasjonującą opowieścią o dylematach moralnych, o walce z własnym sumieniem, o tym, jak cienka jest granica między koniecznością a wyborem. Zamiast tego dostajemy suchą kronikę upadku, gdzie emocje są spychane na dalszy plan, a całość przypomina policyjny raport. Ukradł, pobił, zdradził, uciekł – zdania krótkie, treści konkretne, ale gdzie w tym miejsce na klimat, napięcie, głębię postaci?
Czułam się, jakbym czytała listę wykroczeń, a nie powieść. Nawet wątek miłości, który mógł dodać dramatyzmu i uczynić historię bardziej wielowymiarową, został potraktowany jak kolejny punkt w notatniku. Szkoda, bo temat był ciekawy, a bohater miał szansę stać się kimś więcej niż tylko kolejną sylwetką przestępcy na tle surowej rzeczywistości.
Najbardziej bolało mnie to, że ta historia miała potencjał. Przestępczy półświatek Gliwic mógł stać się sceną dla dramatycznej opowieści o młodym człowieku rozdartym między lojalnością a przetrwaniem. Jego wybory mogły być ciężkie, brudne, pełne konsekwencji, które odczuwa się jeszcze długo po zamknięciu książki. A tymczasem? Przelatujemy przez kolejne wydarzenia w tempie spisu treści, bez czasu na zatrzymanie się, przemyślenie, poczucie jakiejkolwiek więzi z bohaterem.
Może ktoś doceni ten styl – chłodny, zdystansowany, surowy jak raport policyjny. Ale ja lubię książki, które oddychają. Które pachną dymem papierosowym, cuchną strachem i zmuszają do tego, by spojrzeć na bohatera jak na człowieka, a nie na kartotekę. "Poza kręgiem" to nie powieść, to zestaw notatek z marginesu życia. I chociaż temat miał w sobie iskry, które mogły zapłonąć, zabrakło tu ognia.