Moja nerwica nigdy nie dostała imienia, ale nie czułam, by była częścią mnie. Obwiniałam ją o każdą bezsenną noc, codzienne ataki paniki, wędrujące bóle, zaburzenia czasu oraz przestrzeni czy ciągły lęk, a były to jedynie ważniejsze z punktów na liście, której końca nie potrafiłam odnaleźć. Moja nerwica była jak Marysia, która miotała się pod naporem emocji człowieka, w którego sercu powstała, i długie lata zajęło mi nauczenie się podchodzenia do niej z czułością, co wycofało większość objawów. Zmagania te — od destrukcyjnej spirali po ukojenie — w nieoczywistym kształcie znajdują się w „Powiedz wszystkim, że zabiłam Marię“ i pozostaję pełna uznania dla autorki, która stworzyła bohaterkę i uosobienie jej lęków. Postawiła bowiem na pomysł, który mógł się nie udać, a jednak uwypuklił wiele emocji oraz stanów, które uwypuklenia wymagały. Zabieg ten do części czytelników nie trafi, ale jako że byłam kiedyś w miejscu podobnym do tego, gdzie znajduje się bohaterka powieści, to mogę poświadczyć, że tak wiernego obrazu stanu emocji dawno nie spotkałam. Dawno lub wcale. Literacko nie jest to tekst ciekawy, język wydał mi się mało atrakcyjny, niemniej kiedyś bardzo potrzebowałam tej powieści, a choć dzisiaj jestem już kilka kroków dalej, znalezienie takich pokładów zrozumienia dalej daje ukojenie.