Bella Mackie w “Jak umrzeć na bogato” już po raz drugi proponuje czytelnikom powieść kryminalno-obyczajową z solidną dawką ironii. Ale choć styl i gatunek pozostają zgodne z jej wcześniejszą “Jak zabiłam swoją rodzinę”, to reszta stanowi miłą, mocno nieszablonową odmianę! Rozpocznijmy od tego, że jeden z bohaterów jest już martwy i przygląda się swojej rodzinie z zaświatów… ale spokojnie, to ciągle kryminał, a ten lekko fantazyjny dodatek, jest po prostu doskonałym sposobem na dopełnienie historii i pokazanie, że niekoniecznie zmiana sytuacji życiowej (dosłownie!) jest w stanie zmienić też i punkt widzenia… Całą opowieść poznajemy z trzech perspektyw: żony i męża (tego zmarłego) z bardzo bogatej rodziny oraz lokalnej dziewczyny o ambicjach podcasterki. To dobry sposób na wyciągnięcie wszystkich rodzinnych sekretów na wierzch - zmarł mąż chce dojść do tego jak zginął (iście ironicznie!), żona utrzymać się na powierzchni, a nawet więcej - pokazać, że to ona się liczy, a podcasterka... cóż, chce zrobić materiał, który uczyni ją sławną. I tak każdy ma swoje niekoniecznie grzeczne pragnienia, które wypaczają mu spojrzenie na rzeczywistość. A my przez to śmiejemy się ze stereotypów, jak i dziwnej pogoni społeczeństwa, przez którą czasami zdaje się zatracać te właściwe moralnie wartości. Intryga kryminalna budowana jest tempem spokojnym, podszytym mocną obyczajówką, ale jest solidnie przewrotna, co najmniej kilka razy naprawdę dobrze zaskakuje. To naprawdę dobra zabawa, która dla chętnych może stać się też dobrym pretekstem do refleksji nad współczesną pogonią za sławą i pieniędzmi, a także granicami i zasadami, które dzielą zwyczajnych ludzi od tych naprawdę zamożnych. Na pewno jest to coś mocno na naszym rynku oryginalnego, wiem, że długo o tej książce nie zapomnę! I czekam na więcej ;)