„… rodziny zaginionych znajdują się w próżni, w zawieszeniu między żałobą a nadzieją”
Na początku lata 1998 roku w katowickich Szopienicach znika nastoletnia dziewczynka. Po paru dniach odkryte zostaje jej ciało. Dziennikarz Borys Dyrda powiązuje to zdarzenie z zaginięciami innych dziewczynek na terenie Śląska. Każda z nich pochodziła z tak zwanych dzielnic biedy i porywana była w pobliżu własnego domu.
Trudno utrzymać na wodzy emocje gdy czyta się tą powieść. Powszechna przemoc, alkoholizm, zaniedbania wobec dzieci i kobiet uderzają potężną siłą w czytelnika. Zamknięte środowisko rządzi się własnymi prawami i to co dzieje się w domu tam pozostaje. Nikt nie ma prawa o tym mówić, a tym bardziej o to dopytywać. Mężczyzna pracuje a kobieta zajmuje się dziećmi i domem, mężczyzna ma prawo do przemocy a kobieta ma obowiązek to znieść i nikomu o tym nie powiedzieć.
Historia toczy się dwutorowo, w Katowicach 1998 oraz Świętochłowicach 1995 roku. Śledztwo nie jest z gatunku szybkich i gwałtownych. Główny ciężar powieści opiera się na emocjach, bardzo silnych i czasami destrukcyjnych. Autorka krok po kroku odrysowuje szeroką skalę przeżyć osób, które utraciły swoje dzieci. Kilka razy rodzice mówią, że lepiej byłoby odnaleźć ciało dziecka niż tkwić w zawieszeniu. Ich życie jest jedną wielką raną, która nie chce się zabliźnić.
Pani Majcher zabiera czytelnika w mroczne miejsca, przekracza z nim progi patologicznych rodzin, stawia czoło bezwzględnym demonom, odważnie zrywa płaszcz skrywający zmowę milczenia.
Czyta się tą książkę ze ściśniętym sercem i zapartym tchem. Nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych, ale trudno ją odłożyć. Historia wciąga w swój wir i trzyma w napięciu do ostatniej strony. Finał szokuje i bardzo mocno zaskakuje.
„Bajtel” to kawał mocnej, dobrej historii, dającej do myślenia, perfekcyjnie osadzonej w śląskim regionalizmie.